Charakter drapieżnika

23-12-2012

Jako, że poprzedniego dnia przed czatownią było sporo ptaków, postanowiłem kolejnego dnia znów spędzić parę godzin w czatowni. Na miejscu byłem przed wschodem słońca, by zwierzęta nie widziały mnie jak przechadzam się po ich terenie. Liczyłem na dzień z dobrym światłem, gdyż niebo było całe wysłane gwiazdami. Wszedłem do mojej ciasnej czatowni, rozstawiłem sprzęt i pozostało odliczanie minut do wschodu słońca.

Po raz kolejny zadziwił mnie schemat życia myszołowów. Prawie jak w szwajcarskim zegarku, parę minut później niż poprzedniego dnia, dało się usłyszeć odgłos myszołowów, które zbliżały się do miejsca gdzie na nie czekałem. Zapowiadał się piękny poranek.

Gdy słońce zaczęło wschodzić, dało piękny soczysty kolor na polach i drzewach wokoło. Pomyślałem sobie, jakie byłyby piękne zdjęcia w tym momencie. Chyba wstałem prawą nogą i myśli się spełniły. Nagle w całkowitej ciszy przede mną wylądował myszołów. Dałem mu trochę czasu na przyzwyczajenie się do miejsca, i po kilku minutach wykonałem kilka zdjęć.


Widać na nim skupienie i spokój drapieżnika. Dodatkowo aura sprawiła piękny prezent w postaci magicznego wschodu słońca, dzięki czemu kolory na fotografii wyszły bajkowo.



Ptak na szczęście nie przestraszył się dźwięków migawki i po kilku chwilach był już na ziemi przy stołówce. W spokoju jadł co chwila podnosząc głowę w celu sprawdzenia okolicy. Po około 20 minutach odleciał na pobliskie drzewa. Podążając wzrokiem za lotem drapieżnika zauważyłem, że w miejscu gdzie wylądował znajduje się na drzewach kolejny osobnik. Miałem nadzieję, że po opuszczeniu żerowiska przez jednego ptaka, drugi też skusi się na łatwe pożywienie.

Nie myliłem się. Po około 30 minutach widziałem jak drugi osobnik wzbił się w powietrze i sunął wysoko nad polem w moją stronę. Zatoczył okrąg wysoko nade mną zapewne bacznie obserwując okolicę i wylądował. Tym razem inaczej niż zwykle, bo od razu na ziemi. Podbiegł szybko do nęciska i zaczął jeść.

Sytuacja był inna niż poprzednio, gdyż zaczęły pojawiać się przed czatownią również sroki. Na początku płochliwe, obserwowały myszołowa z wysokości. Jednak po kilku minutach były już obok niego, próbując dorwać się do mięsa. Często dochodziło do małych potyczek, gdzie sroka ciągnęła myszołowa za ogon, próbując go odciągnąć od nęciska.

Ja siedząc w czatowni, co chwila wykonywałem kilka ujęć, by nie spłoszyć ptaków. Udało mi się uwiecznić scenę, jak myszołów otoczony jest kilkoma srokami.


Jak widać, z każdej strony drapieżnika znajdowała się sroka, przez co myszołów zbytnio nie mógł się skupić na konsumpcji.



Jakby było tego mało, nagle usłyszałem głos kolejnego myszołowa. Szybko oderwałem wzrok od wizjera, spojrzałem przez okienko w górę. Nad nęciskiem krążył drapieżnik, co chwila wydając ostrzegawczy głos. Myszołów będący na ziemi rozpościerał skrzydła w celu wywołania na drugim osobniku wrażenia, jaki on to jest ważny. W końcu obserwator wylądował na drzewie po lewej stronie czatowni.

Siedział, obserwując bacznie poczynania myszołowa na ziemi. Co chwilę słychać było jego głos. Nastała chwila, gdzie wzbił się w powietrze i sunął w stronę nęciska.


Po kilku sekundach wylądował na patyku, skąd łatwo było mu obserwować co dzieje się na dole.



W tym momencie wszystkie sroki gwałtownie poderwały się do lotu. Zostały przede mną dwa drapieżniki. Postanowiłem usiąść wygodnie i przez okienko z zaciekawieniem obserwowałem, co się będzie działo. Myszołów na patyku ciągle głośno się odzywał, a osobnik na ziemi stroszył pióra, przez co robił wrażenie dużo większego. Po krótkim czasie myszołów siedzący na patyku zeskoczył na ziemię. Przeglądając masę zdjęć w Internecie, wiedziałem, że dojdzie do walki.

Nie myliłem się. Myszołowy stanęły naprzeciwko siebie i po chwili zaczęła się jatka. Ja wykorzystując ten niesamowity moment zacząłem wykonywać zdjęcia. Skupiłem się na zdjęciach, więc nie bardzo rejestrowałem sam przebieg walki. Walka była bardzo krótka. Po niecałej minucie jeden z ptaków odleciał. Pozostał zwycięzca. Przez chwilę oszołomiony całą tą gwałtowną sytuacją stał, jakby nie wiedząc co się dzieje. Po chwili dopiero znów podszedł do nęciska i zaczął jeść.

Ja postanowiłem spojrzeć na kartę, jakie kadry udało się uchwycić. Okazało się, że dwa osobniki z rozłożonymi skrzydłami nie mieściły się w całości na fotografiach. Niestety duża część mimo dobrego światła była nieostra, pozostałe zdjęcia mocno poucinane.

Postanowiłem jednak jedno zdjęcie pokazać. Widać na nim sam początek walki. Osobnik po prawej był ptakiem, który siedział pierwszy przy nęcisku. To on pierwszy zaatakował. Z kolei ptak po lewej stronie, prawie jak człowiek, z zamkniętymi oczami nie chciał być dłużny i wymierzył cios.


Jednak zbyt szybko i atak nie powiódł się.



Po tym zdarzeniu sroki już się nie pojawiły, drugi myszołów również nie przyleciał. Bohater starcia po kilkunastu minutach spędzonych przy nęcisku również opuścił scenę. Korzystając z chwili, iż zostałem sam w okolicy szybko opuściłem czatownię, by ptaki mnie nie widziały.

Po powrocie do domu przeniosłem zdjęcia z karty na komputer. Okazało się, że kilka zdjęć wyszło całkiem niezłych. Zapraszam do galerii Myszołowa.



Zdobywanie doświadczenia

09-12-2012

Od poprzedniej zasiadki w mojej samotni minęło kilka dni. W tym czasie nie mogłem niestety fotografować z uwagi na pracę, ale i tak po ciemku odwiedzałem czatownię. Jeździłem tam dowozić i zabierać na noc mięso. Może wydawać się to dziwne, po co zabierałem na noc jedzenie, ale pojawił się duży problem w okolicy miejsca, gdzie wybudowałem moje skromne M1.

Problemem były dziki. Dwa dni pod rząd, jak pojawiałem się przed wschodem (i przed pracą) w celu podania mięsa, okazywało się, że teren wokół czatowni przeryty jest przez dziki. Co najgorsze – znikało oczywiście również całe mięso z poprzedniego dnia. W taki sposób przez 2 dni straciłem przeszło 5 kg mięsa, a co za tym idzie, ptaki miały dużo mniej niż powinny, zaś dziki posiadały pełne żołądki jedzenia. Na pewno, gdzieś niedaleko w lesie smacznie sobie spały i odpoczywały najedzone.

Nie było innej możliwości, jak zabieranie im posiłku sprzed nosa. Jak się później okazało, podjęte przeze mnie działania pomogły mi w walce z tymi ssakami. Przyszedł więc dzień, w którym przyjechałem do czatowni na obserwację i fotografowanie ptaków.

Jak zwykle, byłem na miejscu około 40 min przed wschodem słońca. Sprawnie rozstawiłem sprzęt, wytężyłem zmysły (na razie głównie słuchu- bo nic nie widziałem przed sobą) i pozostało tylko czekać w ciszy. Im bliżej było wschodu słońca, tym więcej odgłosów było słychać wokół mnie.

Tak jak podczas poprzedniej zasiadki, kilka minut przed wschodem nagle usłyszałem zbliżający się odgłos myszołowa. Od razu krew zaczęła szybciej przepływać przez ciało, umysł wytężył więcej zmysłów. Czekałem na pojawienie się głównego bohatera przede mną. Poranek zapowiadał się niestety pochmurnie, więc na razie nie liczyłem na dobre zdjęcia.

Gdy już zacząłem dostrzegać drzewa przed czatownią oddalone o jakieś 100 metrów, zacząłem poszukiwać wzrokiem sylwetki myszołowa. Z uwagi na listopad, na drzewach nie było już wiele liści, co pomagało mi dostrzec drapieżnika. Po kilku chwilach udało mi się go odnaleźć, wysoko na drzewie, otoczonego najprawdopodobniej srokami, które też już się odzywały zagłuszając mniejsze gatunki wokoło mnie.

Nastała w końcu ta chwila, gdy odgłos myszołowa zaczął się zbliżać, był coraz głośniejszy. Zacząłem przyglądać się dokładniej przedpolu naprzeciwko mnie i zobaczyłem go, jak leci w moją stronę. Jako, że było jeszcze dość ciemno, nawet nie włączałem aparatu. Myszołów usiadł na drzewie, 30 metrów ode mnie po lewej stronie. Widziałem go dokładnie przez dziurę w konstrukcji, przeznaczoną do obserwacji. Siedział napuszony, gdyż było zimno (na ziemi były resztki śniegu, który spadł dzień wcześniej).

Po około 10 minutach myszołów wzbił się w powietrze i skierował w stronę nęciska. Udało się, usiadł na patyku przede mną. Serce znów zaczęło mocniej bić, ale ja doświadczony błędami z poprzedniej zasiadki, spokojnie obserwowałem jego zachowanie. Po paru minutach ptak zeskoczył na ziemię i zaczął jeść. Teraz dopiero włączyłem aparat, usiadłem wygodniej i obserwację prowadziłem już przez wizjer aparatu.

Mijały minuty, a ptak jadł i jadł. Myślałem … „Cóż on taki głodny, przecież codziennie było tutaj mięso.” Po około 15 minutach myszołów zdążył już zmienić parę razy pozycję i ciągle jadł.


Postanowiłem to już wykorzystać i zrobiłem kilka ujęć.



Myszołów nic sobie nie robił z dźwięków migawki, był skupiony na konsumpcji. Nagle, coś go zaniepokoiło. Szybko podniósł wysoko całe ciało, wydłużył szyję i odleciał. Nie wiedziałem cóż mogło go przestraszyć. Czekałem z niepokojem. Po kilkunastu sekundach okazało się, że na scenę wkracza czujnie i bezszelestnie … kot. Ręce mi opadły i aż na głos westchnąłem. Jak nie nocą dziki, które jedzą wszystko co popadnie, to w dzień znów ktoś musi przeszkodzić.

Kot podszedł do mięsa i zaczął jeść. Pomyślałem, że uwiecznię go na zdjęciach, na pamiątkę. Okazało się, że nie był on dobrym modelem, jak zaczął jeść, tak ciągle widziałem tylko jego ogon. Postanowiłem więc go przestraszyć, w końcu nie po to wybudowałem czatownię. Kilka głośnych „Ksssszzzzzz” pomogło – kot skulony, odszedł od nęciska. Pozostało w nadziei czekać, aż pojawią się po raz kolejny ptaki.

Po niecałej godzinie, nie wiadomo skąd, nadleciały 2 myszołowy. Jeden z nich od razu wylądował na patyku przed czatownią. Drugi usiadł na drzewie po lewej stronie. Pomyślałem, że może być za chwilę ciekawie, być może dojdzie do bójki. Ptak z patyka bardzo szybko znalazł się na ziemi na nęcisku. Spojrzałem przez wizjer – to był ten sam osobnik, którego rano przegonił kot.


Za chwilę myszołów z drzewa po lewej stronie podleciał na patyk. Głośno się odzywał i obserwował z góry swojego kompana, jak wcina mięso.



Szybko pozmieniałem ustawienia w aparacie i obserwowałem ptaki przez wizjer. W końcu drugi osobnik pojawił się na ziemi. Podszedł do nęciska, bacznie spoglądając na pierwszego osobnika. Wzrok miałem skierowany w wizjer aparatu, więc zacząłem robić zdjęcia. To był błąd. Ptaki szybko zaniepokoiły się. Podniosły wysoko głowy, spoglądając w moją stronę. Od razu przestałem wykonywać zdjęcia, jednak okazało się, że było już za późno. Oba myszołowy wzbiły się w powietrze.

Jeden z nich od razu odleciał daleko poza możliwość obserwacji. Osobnik, który wcześniej siedział na patyku i obserwował nęcisko, wylądował znów na nim. Szybko skierowałem obiektyw w jego stronę.


Ptak włożył dziób do śniegu, który był na czubku patyka i odfrunął. Udami mi się go uwiecznić z rozłożonymi skrzydłami, jak wzbija się w powietrze.



Z uwagi na pustą scenę przede mną postanowiłem spojrzeć na zdjęcia, które wykonałem przed chwilą. Okazało się, że będąc na ziemi, myszołów był bardziej oddalony od poprzednika. Głębia ostrości nie objęła go, więc zdjęcia było nieciekawe.

W tym dniu siedziałem jeszcze w czatowni dwie godziny czekając na ptaki. Niestety nikt już się nie pojawił. Pomyślałem, że jeden z nich solidnie się najadł, a drugi być może się przestraszył.

Była to kolejna zasiadka, która znów nauczyła mnie kilku aspektów w fotografowaniu tych ptaków. Zapraszam do galerii, po parę kadrów z tego dnia.



Marzenia się spełniają

27-11-2012

2 lata temu, kiedy zaczynałem fotografować ptaki, przez myśl mi nie przeszło, że można sfotografować w naturalnym środowisku ptaka drapieżnego (szponiastego). Zająłem się drobnymi ptakami, co na początek było ogromnym wyzwaniem.

Coraz więcej czasu spędzałem w terenie, dzięki czemu życie ptaków stawało się dla mnie bardziej zrozumiałe. Miesiące mijały, tematy gatunkowe również, ale wciąż ptaki drapieżne były gdzieś na bardzo odległym miejscu.

W końcu w tym roku, razem z kumplami, postanowiliśmy się zająć tym tematem. Latem zaczęliśmy budowę dużej czatowni, by w trójkę móc wygodnie obserwować i fotografować ptaki. Nie było to proste zadanie na jeden dzień. Co chwila pojawiały się nowe pomysły, więc mając czas umawialiśmy się na dopracowanie szczegółów konstrukcji i przedpola wokół czatowni.

Po kliku miesiącach wszystko było przygotowane. Zaczęło się czatowanie. Jeśli miałem wolną chwilę, wsiadałem w samochód, zabierając sprzęt i jechałem do czatowni. Dni mijały, godziny spędzone w budzie szły mocno w górę, a ja obserwowałem przed obiektywem sikorki, sójki oraz sroki. Taka sytuacja dała mi mocno do myślenia, czy teren, w którym wybudowaliśmy czatownię jest odpowiedni dla ptaków szponiastych. Ja głównie nastawiałem się na Myszołowa (Buteo buteo), jednak nawet nie było go słychać w okolicy.


Pewnego dnia wpadłem na pomysł, by poobserwować przez jakiś czas przyrodę niedaleko miejsca zamieszkania. Będąc parę razy w jednym miejscu wcześniej, widywałem krążące wysoko nad głową myszołowy. Razem z ojcem postanowiliśmy parę dni spędzić na obserwacji tego terenu.

Pierwszy dzień przyniósł bardzo pozytywne wyniki. Niedaleko naszego miejsca obserwacji, myszołowy siedziały na drzewach, czasem oblatując teren w poszukiwaniu pożywienia. Kolejne dni również były pozytywne … za każdym razem drapieżniki były w pobliżu. Zapadła więc męska decyzja – budujemy czatownię.

Podczas obserwacji poznaliśmy już gdzie wschodzi słońce, więc potrzebne były tylko materiały oraz narzędzia do pracy. Po zebraniu wszystkiego, rankiem, o wschodzie słońca zaczęliśmy budować. Dzięki nabytym wcześniejszym doświadczeniom w budowaniu czatowni, prace szły bardzo sprawnie. Staraliśmy się wybudować jak najmniejszą czatownię, by nie rzucała się w oczy ludziom, jak również ptakom. Nie miałem nigdy styczności z ptakami drapieżnymi, więc staraliśmy się zbytnio nie ingerować wielkością budowli w otoczenie.

Po kilku godzinach moje M1 stało. Teraz należało zamaskować budowlę. Na szczęście wybudowaliśmy czatownię w otoczeniu krzaków, więc wykorzystując suche już rośliny, przyozdobiliśmy budę tym, co rosło wokoło. Nie było to takie proste, gdyż materiału mimo małej czatowni musiało być sporo.

Kiedy już skończyliśmy maskowanie, nadszedł ostatni – najważniejszy etap. Jak czatownia prezentuje się z większej odległości. Zabraliśmy lornetkę i obeszliśmy ze wszystkich stron moją samotnię, bacznie obserwując ją z kilkuset metrów pod każdym kątem. Po około godzinie wniosek był jeden – patrząc gołym okiem, w ogóle nie widać, że to coś sztucznego, a przez lornetkę wyglądało to jak spory krzak, których pełno wokoło.

Z czatownią sobie poradziliśmy. Teraz pole. Jako, że jest to obszar przez nikogo nie używany, trawa nie jest koszona, a inne rośliny rosną gdzie popadnie. Nożycami do żywopłotu wykosiłem prostokąt przed czatownią rozmiarów około 15x35 metrów, by ptaki siedzące na ziemi było w ogóle widać. Praca była okropna … spociłem się jak nigdy, a plecy bolały mnie od schylania przez parę następnych dni. Jednak po wejściu do czatowni i spojrzeniu przez obiektyw widok był zadowalający.

Dzień był bardzo pracowity, ale w głowie tliła się nadzieja, że być może uda mi się w końcu zaobserwować z bliska i sfotografować myszołowa.


Po paru dniach bez możliwości obserwacji w czatowni (praca), nadszedł dzień, w którym moje marzenia mogły się spełnić. Przyjechałem przed świtem, po ciemku udało mi się dotrzeć do czatowni. Konstrukcja stała nienaruszona, więc już było dobrze. Wyłożyłem przed budę mięso, by w jakiś sposób spróbować zwabić drapieżniki, po czym zasiadłem w ciemnościach mojej samotni.

Pełen nadziei czekałem, aż zrobi się jaśniej. Kilka minut przez godziną wschodu słońca nagle stał się cud. Z drzew przede mną dobiegł głos myszołowa. Podobnie jak klangor żurawi (który w marcu tego roku usłyszałem pierwszy raz), odgłos ten niósł się po okolicy, a ja miałem ciarki na całym ciele. Pomyślałem, że chyba śnię … pierwsza zasiadka i już ? Będę widział myszołowa kilkanaście metrów przede mną ?

Ptak odzywał się regularnie, więc wiedziałem, że wciąż tam jest. Nagle głos stawał się coraz silniejszy, wydawało się, że źródło dźwięku się zbliża.

Stało się ! Po kilku minutach od kiedy pierwszy raz go usłyszałem tego dnia, teraz wylądował na patyku, kilkanaście metrów przede mną. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Tyle się naczytałem w Internecie, ile to trzeba czekać i mieć szczęścia, by myszołów przyleciał na nęcisko. Chyba jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą – pierwsze czatowanie, na zewnątrz jeszcze szaro, a ja widzę myszaka przed sobą.

Ręce całe drgały, przez głowę przelatywały różnego rodzaju myśli. Główną była myśl: „Spokojnie, daj mu się zapoznać z nowym miejscem. Niech poobserwuje, podleci na ziemię, na mięso. Jak zajmie się jedzeniem, będzie piękna obserwacja”. To były jednak myśli, a serce podpowiadało zupełnie inaczej.

Mimo kiepskich warunków na zewnątrz (pochmurno, kilka chwil po wschodzie słońca) postanowiłem wycelować obiektyw i wykonać pierwsze moje zdjęcie myszołowa. Jak tylko lustro strzeliło w aparacie, ptak wydał swój magiczny głos i odfrunął na drzewa około 150 metrów przed czatownią. Czar prysł jak mydlana bańka. Pomyślałem: „Masz idioto … zdjęcie z czasem 1/20s całe poruszone, a myszak spłoszony”. Po kilku minutach emocje opadły, uspokoiłem się. Nie pozostało nic, jak czekać na kolejny raz.

Czas mijał … słychać było tylko sroki oraz wrony siwe … myszołowa niestety nie. Po kilkudziesięciu minutach wydarzył się kolejny cud tego dnia. Tym razem myszołów – bezszelestnie, znowu wylądował na patyku przed czatownią. Ciśnienie po raz kolejny wzrosło, a w głowie pojawiła się burza pomysłów. Postanowiłem ustawić samowyzwalacz na 10 sekund, by zdjęcie było nieporuszone.

Okazało się, że to był chyba mój błąd życia. Nie dość, że odmierzając czas, lustrzanka migała czerwonym światłem na pół polany, a w czatowni czułem się jak na dyskotece … to znów czasy były fatalne i po trzaśnięciu migawki myszak ponownie się spłoszył. Pomyślałem „Głupszego pomysłu nie miałby chyba nikt. Teraz to już na pewno nie przyleci”.

Siedziałem sam w moim ciasnym M1 wątpiąc w samego siebie. Godzina, druga, trzecia … przede mną pusto. Widzę patyki i mięso – nic poza tym. W końcu postanowiłem wyjść i pojechać do domu. To był dzień wyjątkowy pod każdym względem. Dwa nieostre ujęcia pozostawiłem sobie na pamiątkę, żeby przypomnieć sobie swoją głupotę po dłuższym czasie.


Kolejnego dnia na szczęście miałem wolne, więc pełen nadziei pojechałem znów do czatowni. Podobnie jak poprzednio, znów kilkanaście minut przed wschodem słońca nadleciał myszołów i usiadł na drzewach przed czatownią. Odzywał się, więc dzień zapowiadał się pomyślnie. Tego dnia warunki atmosferyczne były trochę lepsze. Niebo było też pochmurne, ale chmury nie były tak ciemne. To dawało szansę na lepsze czasy naświetlania.

W pewnej chwili głos myszołowa stawał się coraz silniejszy i tak jak dzień wcześniej, ptak usiadł przed czatownią na patyku. Mając doświadczenie z poprzedniego dnia nawet nie ruszałem aparatem, by nie spłoszyć ptaka. Siedział i siedział, a ja bacznie obserwowałem jego zachowanie przez małe otwory w frontowej ścianie mojego małego mieszkanka. Po około 10 minutach ptak w końcu znalazł się na ziemi przy nęcisku.

Ucieszyłem się. Nie przestraszył się zbytnio poprzedniego dnia moich wybryków. Zaczął spokojnie jeść, a ja ciągle podążałem wzrokiem za jego poczynaniami. Oczywiście nie mogło być tak pięknie przez długi czas.


Niewiadomo skąd, nagle zjawiła się na patyku sroka, która przestraszyła myszołowa i ten odleciał.



Sroka z kolei nie bała się niczego. Szybko znalazła się przy nęcisku i zjadała kawałki mięsa, które zostawił myszołów. Po posiłku wskoczyła na patyk i zaczęła „krzyczeć”. Za chwilę przed czatownię zaczęły nadlatywać sroki. Nie wierzyłem, że to się rzeczywiście dzieje. Po około 5 minutach przede mną było kilkanaście ptaków, które łapczywie zajadały się kawałkami mięsa i odlatywały z łupem na pobliskie drzewa.

Jako, że w galerii nie mam jeszcze zdjęć tego gatunku, zająłem się fotografowaniem. Ptaki były bardzo szybkie, więc nie było łatwo. Dodatkowo pochmurne niebo nie pomagało. Po pewnym czasie zauważyłem, że sporo ptaków odlatuje w jedno miejsce, konsumuje łup i wraca tą samą drogą po kolejne kawałki. Ustawiłem więc odpowiednio aparat i postanowiłem „powalczyć” z kadrami w ruchu.


Po kilkunastu seriach zdjęć, w końcu udało się uchwycić w miarę dobry kadr.



Czas mijał przy fotografowaniu srok, a z tyłu głowy zadawałem sobie pytanie: „Gdzie się podział mój główny aktor – myszołów”. Już myślałem, że kolejny dzień będzie bez dobrego zdjęcia tego drapieżnika, gdy w końcu pojawił się na scenie.

Usiadł na patyku i zaczął wrzeszczeć na sroki. Te dziwnym trafem nic sobie z tego nie robiły. Ja natomiast korzystając z tego, iż myszołów skupił się na srokach, zacząłem robić mu zdjęcia. Po kilku seriach udało się go w końcu uwiecznić.


Kadr ten pokazuje, jak myszołów siedząc na patyku, próbuje głosem odstraszyć wszędobylskie sroki.



Sroki zajęte posiłkiem w ogóle nie zwracały uwagi na myszołowa. Ten po kilku chwilach zeskoczył na ziemię i dopiero wtedy wszystkie sroki odfrunęły. Pomyślałem, że w końcu zostanie sam i będzie mógł skosztować, co podałem w Menu.

Zanim jednak zdążyłem skierować obiektyw w stronę myszołowa, znowu nadleciały sroki przepędzając drapieżnika z miejsca stołówki. Trochę się zdenerwowałem na nie, gdyż nie pozwoliły mi na dłużej poobserwować myszołowa … ale takie są prawa przyrody.


Sroki jednak wynagrodziły mi tą sytuację ciekawym kadrem, gdzie udało mi się je uwiecznić, jak czekały na swoją kolej do nęciska.



Tego dnia naliczyłem w jednym momencie 12 osobników. W sumie byłem szczęśliwy, że drugiego dnia zasiadki mam już przede wszystkim myszołowa na zdjęciu. Cieszył też fakt, że okoliczne zwierzęta tak szybko dowiedziały się o darmowej przekąsce serwowanej przeze mnie.

Widząc jak sytuacja rozwija się przez pierwsze 2 dni, miałem nadzieję na kolejne sukcesy w temacie fotografowania drapieżników. O dalszych moich przygodach napiszę w kolejnym opowiadaniu, które już niebawem.



Towarzysze z działki

19-10-2012

Latem, gdy większość fotograficznego czasu spędzałem w leśnej czatowni, popołudniami udawałem się na działkę, by trochę z dziadkami i rodzicami popracować. Kiedy była chwila wolnego i siedziałem na ławce, bacznie obserwowałem przyrodę.

Okazało się, że na pobliskich topolach częstym gościem jest dzięcioł duży. Przede wszystkim było słychać jego głosy, czasami stukanie w drzewa. Kilka razy widziałem go też jak przelatywał na pobliskie pola. Poza tym wokoło latało dużo drobniejszych gatunków.

Wpadłem na pomysł, by trochę ułatwić im upalne dni i wraz z dziadkiem i ojcem zbudowaliśmy niewielkie poidełko. Nie pozostawało nic innego jak postawić je w dobrym miejscu, by światło o poranku było odpowiednie dla fotografowania.

Po miesiącu ptaki przyzwyczaiły się do tego miejsca i chętnie przychodziły napić się wody. Czasem skusiły się też na kąpiel w zimnej wodzie, ale w czasie toalety nie udało mi się wykonać żadnego dobrego zdjęcia, gdyż utworzona na szybko konstrukcja nie spełniała „warunków fotograficznych”.

Nadszedł w końcu ten dzień, że przed pracą, wstałem wcześnie rano i z sprzętem udałem się na ogródek. Tam postawiłem szkielet, nakryłem siatką maskującą, do środka włożyłem statyw z aparatem, stołeczek, ciepłą poduszkę pod cztery litery i postanowiłem z bliska spróbować uwiecznić mieszkańców tej okolicy.

Najwięcej oczywiście było sikorek bogatek . Na szczęście nie były to jedyne przedstawicielki gatunku sikor. Co jakiś czas pojawiały się też sikory modre. Były bardzo szybkie, więc ciężko było mi trafić w dobre ujęcie, z uwagi na fakt, iż byłem dosyć blisko poidełka.


Po pewnym czasie udało się jednak uwiecznić sikorkę.



Drugim gatunkiem, który tak naprawdę rządził wśród wszystkich były kowaliki. Co jakiś czas przed obiektywem pojawiał się jeden osobnik. Po krótkim czasie nie wiadomo skąd w mgnieniu oka nadlatywał drugi ptak i atakował kompana. Często po takiej akcji przy poidełku robiło się pusto, więc miałem czas na sprawdzenie, jakie ujęcia zapisały się na karcie.


Wykorzystałem też chwile kiedy kowalik siedział sam.



Innym gatunkiem były mazurki. Pojawiały się już w momencie gdy obok poidełka znajdowało się sporo ptaków. Na początku dreptały po ziemi wyginając szyje do góry z zaciekawieniem. Jeśli obok siebie było parę mazurków jeden z nich jako najodważniejszy podlatywał do góry, by zobaczyć co tam słychać u innych ptaków.


W takiej sytuacji mazurki zawsze najpierw siadały na pobliskiej porzeczce obserwując zachowania innych ptaków. Miałem więc czas wtedy na wykonanie zdjęć.



Ostatnim gatunkiem, który pojawiał się w okolicy bardzo sporadycznie była kolejna przedstawicielka gatunku sikor, a mianowicie sikora uboga. Widząc ją w obiektywie od razu musiałem wykonywać zdjęcia, gdyż były to osobniki bardzo szybkie. Pojawiały się na moment i od razu odlatywały.

Byłem bardzo zadowolony, że nawet sikora uboga pojawia się na działce, gdyż nie często spotykam ją w swojej okolicy. Siedząc pod siatką i czekając na pojawienie się tych ptaków musiałem być bardzo skupionym, by trafić w moment, kiedy się pojawią.


Bardzo dużo zdjęć było nieostrych, poucinanych. Jednak czasami trafiały się dobre kadry. Jeden z nich prezentuję poniżej.



Szczerze mówiąc, był to jedyny wypad fotograficzny na działkę, który odbyłem w wakacyjnych miesiącach. Z uwagi, że na urlopie byłem w maju, czasu za wiele nie było. Jednak ta jedna zasiadka pozwoliła mi uwiecznić cztery gatunki, które do dzisiaj regularnie odwiedzają działkę.

Zapraszam do galerii poszczególnych gatunków, gdzie zamieściłem pozostałe zdjęcia z tego poranka.



Siła tkwi w szczegółach

07-10-2012

Był to kolejny dzień spędzony w leśnej czatowni. Z uwagi na przełom maja i czerwca w życiu ptaków odbywał się etap przyjścia potomstwa na świat. Codziennie przed czatownią słychać było i czasami też widać nowe pokolenia kolejnych gatunków ptaków.

Nie inaczej było też tego dnia. W pewnej chwili przed czatownią niedaleko poidełka pojawił się mały ptaszek. Szybko skierowałem obiektyw w jego stronę i okazało się, że jest to młody osobnik rudzika.

Ptak prawie w ogóle nie zwracał uwagi na poruszający się kształt obiektywu, dzięki czemu mogłem z bliska poobserwować jego poczynania. Co jakiś czas wykonywałem też pojedyncze zdjęcia, by go nie spłoszyć.


Na zdjęciu poniżej widać młodego osobnika rudzika, który upierzeniem zaczyna przypominać dorosłego ptaka.



W okolicy zaczynały też pojawiać się ptaki, których jeszcze nie widziałem „na żywo” … jedynie na zdjęciach. Mam tutaj na myśli grubodzioba. Upierzenie tego ptaka jest bardzo kolorowe, a charakterystycznym punktem jest jego dziób. Jak na takiego małego ptaka, dziób jest bardzo duży.

Siedząc w czatowni co chwila było słychać jak ptaki te przelatują obok, wydając przy tym dosyć specyficzny dźwięk trzepotu skrzydeł. W końcu po kilkunastu minutach nastała ta chwila. Pierwszy raz miałem przed sobą grubodzioba. Tego dnia panowały świetne warunki pogodowe, dzięki czemu światło w lesie było cudowne.

W przypadku tego gatunku nie było tak łatwo jak wcześniej z rudzikiem. Jeden zbyt szybki ruch obiektywem powodował, że ptak od razu zrywał się do lotu. Nie pozostało więc nic, jak ponowne czekanie na powrót grubodzioba.


Kolejna próba tego dnia przyniosła już rezultaty. Ptak usiadł w oddali na drzewie bacznie spoglądając w moim kierunku. Ja wcześniej miałem już ustawiony obiektyw właśnie w tą stronę, więc tylko minimalny ruch i cały grubodziób mieścił się w kadrze.



Czas nieubłaganie płynął, a ja z przyjemnością obserwowałem mieszkańców lasu. Szczęście tego dnia dopisało, gdyż w okolicy pojawiło się więcej grubodziobów. Na dodatek były też młode osobniki, które pochowane w gałęziach czekały na rodziców z pokarmem.


Samego momentu karmienia niestety nie udało mi się uwiecznić, ale sam grubodziób usiadł na jednym z korzeni przed czatownią. Szybko skierowałem obiektyw w jego stronę i udało mi się wykonać zdjęcia.



Na zdjęciu widać jak duży jest dziób u tego ptaka. Po powrocie do domu postanowiłem dokładnie poczytać o tym gatunku i okazało się, że potężne mięśnie szczęk są w stanie wywrzeć nacisk do 60 kilogramów. Czytając to nie mogłem uwierzyć, że ptak, którego parę godzin wcześniej fotografowałem ma taką siłę.

Kolejny dzień w czatowni minął bardzo przyjemnie. To samo miejsce odwiedzane przeze mnie od ponad miesiąca pozwoliło mi zaobserwować kolejny gatunek. Jestem bardzo mile zaskoczony tym faktem i zadowolony, że wytrwałość przynosi takie efekty.

Zapraszam do galerii rudzika i grubodzioba na trochę więcej kadrów z tego dnia.



Młodzieńcze szaleństwa

29-08-2012

Wolny weekend postanowiłem spędzić na łonie natury. Z uwagi na to, że ptaki przyzwyczaiły się już do poidełka w lesie pojechałem po raz kolejny właśnie w to miejsce. Poranna pobudka, śniadanie, spakowane sprzętu i wyjazd. Na miejscu byłem około pół godziny po wschodzie słońca, więc las powoli budził się do życia.

Pogoda zapowiadała się pochmurna. Z jednej strony to minus, gdyż nie ma tak ładnych kolorów na zdjęciach i czasy naświetlania są dłuższe … z drugiej jednak strony taka pogoda pozwala dłużej posiedzieć w czatowni bez ryzyka, że za parę chwil światło będzie zbyt mocne, by fotografować. Tak też to sobie wytłumaczył siedząc już kilkanaście minut na miejscu z aparatem przygotowanym do zdjęć.

O dziwo, przede mną nie było dużego ruchu. Sporadycznie pojawiały się sikorki oraz kowaliki. Wokoło słychać było bardzo dużo głosów wydawanych przez dzięcioły. Byłem zaskoczony jak wszystko się szybko w przyrodzie zmienia. Co parę dni jestem w tym samym miejscu i za każdym razem obserwuję jak bardzo zmienia się życie w lesie.

Po spędzeniu kilkudziesięciu minut w czatowni w końcu pojawił się pierwszy ptak przede mną. Był to środek czerwca, więc na świat przyszły niedawno nowe pokolenia ptaków. Na pobliskim drzewie przysiadł młody dzięcioł duży. Łatwo go rozpoznać po charakterystycznym „kapelusiku” na głowie w kolorze czerwonym. Starszy osobnik ma go znacznie mniejszy i usadowiony bardziej z tyłu głowy.

Dzięcioł bacznie obserwował teren wokoło. Pomyślałem sobie, jakie byłoby piękne spotkanie, gdyby pojawił się 4 metry przede mną w poidełku. Chyba tego dnia wstałem prawą nogą, gdyż po kilkunastu sekundach młodzik spacerował już po ziemi kierując się właśnie w stronę poidełka. To co za chwilę się wydarzyło zapamiętam na bardzo długo.

Okazało się, że dzięcioł podszedł na skraj poidełka, chwilę poobserwował swoje odbicie w wodzie i zaczął się kąpać. Na początku zanurzał głową, przez co był odwrócony do mnie tyłem. Modliłem się, by się odwrócił, gdyż w tym momencie nie miałem szans na dobre zdjęcia.


Po około minucie dzięcioł zaczął się kręcić w bardzo dziwny sposób jakby chciał wskoczyć do środka. Powoli, ostrożnie nachylił się nad wodę i obrócił się o 180 stopni. Trzymając się ostrymi pazurami brzegu poidełka zaczął czyścić pióra na pozostałej części ciała. Zamoczył cały ogon oraz co jakiś czas rozchylał skrzydła i zanurzał je w wodzie.



Całe przedstawienie na moich oczach odbywało się przez około 3 minuty. Pierwszy raz byłem świadkiem jak dzięcioł czyści pióra, będąc tak blisko mnie. Po bardzo obfitej kąpieli ptak wyszedł z wody i ledwo co potrafił się poruszać. Byłem ciekaw czy w ogóle zdoła teraz odfrunąć. Okazało się, że przez jakiś czas trzepotał skrzydłami stojąc na ziemi, a po pewnym czasie wzbił się w powietrze.

Nie było to łatwe. Mokre pióra były ciężki i posklejane, więc jakimś cudem przysiadł na pobliskim korzeniu i tam zaczął prawdziwą toaletę. Każde pióro z osobna brał do dzioba i zbierał jakby wodę, by się osuszyć.


Tego etapu niestety nie udało mi się uwiecznić na zdjęciach, gdyż dzięcioł był nisko na korzeniu, przez co widziałem tylko co jakiś czas wysuwające się piórko ze skrzydła. Na szczęście za chwilę podszedł wyżej i jeszcze raz zatrzepotał skrzydłami.




W między czasie obok czatowni pojawił się zapewne jeden z rodziców młodego ptaka. Przysiadł na innym korzeniu i bacznie obserwował poczynania swojego dziecka.



W tym dniu okolicę opanowały dzięcioły. Co chwila obok czatowni słychać było głosy maluchów, które czasami pojawiały się nieopodal goniąc się między drzewami. Czasem ptaki pojawiały się na tyle blisko, by wykonać kilka ujęć.

Zapraszam więc do galerii ptaków, gdzie umieściłem zdjęcia z tego cudownego dnia.



poprzednia strona    następna strona