Wiosna, wiosna ...

03-05-2014

W tym sezonie wiosennym kompletnie nie mam czasu na fotografowanie dzikiej przyrody. Bardzo mi z tego powodu przykro, gdyż fotografia ptaków i ssaków to ta dziedzina, którą najbardziej kocham. Jednak nie potrafię żyć bez aparatu, więc ten czas poświęciłem na fotografię kwiatów.

Wydawałoby się, że to proste, przecież kwiatek nie ucieknie, nie trzeba go zwabiać i siedzieć godzinami w czatowni. Nic bardziej mylnego. W tej dziedzinie fotografii inne czynniki są bardzo ważne, a ich osiągnięcie też wymaga czasu. Otóż według mnie najważniejsze jest światło, które dodaje uroku takiej fotografii. W związku z tym też trzeba wstać przed wschodem słońca, by uwiecznić ciepłe, miękkie światło otaczające dany gatunek.

Tutaj pojawia się problem. Zazwyczaj jak mam wolne i mogę sobie pozwolić na wyjazd, słońce przykryte jest chmurami, co powoduje, że o świetle mogę pomarzyć. Dodatkowym czynnikiem jest sama żywotność kwiatów. Przecież one nie rosną tygodniami. Jak już zakwitną trzeba rzeczywiście wykorzystywać każdą wolną chwilę, by uwiecznić je na fotografiach.

Innym, ważnym czynnikiem jest wiatr. Zdjęcia wykonuję obiektywem makro na płytkiej głębi ostrości, co powoduje, że milimetry mają wpływ na głębie ostrości na fotografii. Podczas wiatru, praktycznie nie ma szans na ustawienie głębi ostrości tam gdzie chcę, gdyż przedmiot ciągle się porusza we wszystkie strony.

Tak właśnie mijały te dwa miesiące, od końcówki lutego do końcówki kwietnia, gdzie każdą wolną chwilę starałem się spędzać na poszukiwaniu ciekawych kwiatów oraz ich fotografowaniu.

Większość zdjęć powstała w Rezerwacie Segiet w Bytomiu. Jest to bardzo ciekawe miejsce, gdzie rzeczywiście spotkać można nie tylko zwierzęta ale również kwiaty czy grzyby.

Poniżej przedstawiam najciekawsze gatunki, które udało mi się do tej pory uwiecznić na fotografiach.


Śnieżyczka przebiśnieg / Galanthus nivalis




Przylaszczka pospolita / Hepatica nobilis




Sasanka zwyczajna / Pulsatilla vulgaris




Serduszka okazałe / Lamprocapnos spectabilis



Taka forma fotografii znów dała mi możliwość rozwoju. Poznałem jak ustawiać się pod światło, by uwiecznić je na zdjęciach. Nabrałem sporo nowych doświadczeń w budowaniu kadru i zabawie z głębią ostrości. Wykorzystuję też coraz to nowe ustawienia w samym aparacie.

Podczas wywoływania zdjęć również nauczyłem się sporo nowych funkcji w programach graficznych.

Zapraszam do Galerii, po więcej zdjęć z okresu wiosennego.



Ostatnie tchnienie zimy

27-04-2014

Początek lutego to czas, w którym sporo wolnego czasu (jeśli tylko był) spędzałem w czatowni. Nowe miejsce okazało się bardzo dobre pod względem liczebności osobników, więc trzeba było korzystać.

Tego dnia prognozy zapowiadały brak opadów i lekkie zachmurzenie. Wstałem przed wschodem i pojechałem do czatowni. Niestety godziny wschodu słońca pokazały prawdziwe oblicze pogody. Pełne zachmurzenie … ciemno. Cóż zrobić, jak już pojechałem, nie wypadało wracać. Przyroda jest nieobliczalna, więc czekałem cierpliwie co się wydarzy.

Pierwsze chwile jak tylko zrobiło się jaśniej standardowe. Sikorki, dzwońce po prawej stronie czatowni sprawnie zapełniały puste brzuszki po nocnej drzemce. Ja czekałem na większe ptaki, ale dzięki maluchom miło mijały minuty, wsłuchując się w ich śpiewy.

W końcu w oddali usłyszałem odgłos myszołowa. Kubeczek ciepłej herbaty i oczekiwanie. Przyleciał, usiadł naprzeciwko mnie, na drzewie. Pozostało wyczekiwanie i baczna obserwacja tego osobnika, by spróbować ujęć w locie.

Stało się, po jakimś czasie myszołów zeskoczył z gałęzi i sunął w moją stronę. Wykonałem serię ujęć. Myszołów wylądował i podobnie jak drobnica obok, udał się na śniadanie.

Ja sprawdziłem kartę pamięci. Jeden kadr wyszedł bardzo interesująco. Mimo braku światła, uzyskałem zdjęcie z którego jestem zadowolony.



Dzięki temu, samopoczucie bardzo mi się poprawiło. Z uśmiechem na twarzy siedziałem w ciszy i obserwowałem myszołowa podczas posiłku. Nie wykonywałem zdjęć, by ptak nie przestraszył się dźwięku migawki.

Mając wzrok skierowany ciągle w wizjer aparatu, postanowiłem trochę odpocząć. Zmieniłem body na cropa i obserwowałem dzwońce. Po około 10 minutach spojrzałem przez okienko w czatowni. Nie wierzyłem w to co widzę. Od kilku dni w krzakach obok czatowni słychać było bażanta. Raz nawet pojawił się obok karmiku dla drobnicy, jednak był zbyt blisko, by go sfotografować.

Tym razem wyszedł dalej ode mnie i powolutku szedł w moim kierunku. Szybkie przesunięcie obiektywu w jego stronę – kurcze, za blisko już. Ekspresowo zmieniłem aparat na pełną klatkę modląc się, by nie podchodził za szybko do mnie, gdyż nawet to mi nie pomoże.

Na szczęście bażant w ślimaczym tempie podchodził coraz bliżej. Pierwsze strzały migawki i chwila niepewności, czy ptak się nie spłoszy. Na szczęście nie, dzięki czemu mogłem co chwila wykonać kilka ujęć.

Po kilku minutach bażant był już tak blisko, że w bezruchu siedziałem w środku ukrycia i przez otwory obserwowałem jego zachowanie. Kolorystyka przepiękna, ładne oko – to były główne cechy, które od razu zapamiętałem. Po chwili widziałem już tylko ogon przemykający obok drzwiczek do czatowni i ptak wszedł w krzaki.

Poniżej przedstawiam jeden z kadrów, 100% zdjęcia.



Myszołów, którego sfotografowałem na początku najadł się do syta i odleciał. Zrobiło się pusto. Ja ciągle nie mogłem uwierzyć, że tak idealnie wpasował się bażant w odległość ode mnie. Pozostało czekać na dalsze atrakcje. Jednak chyba pogoda miała na to wpływ, gdyż ruch był znikomy. Czasami sroka czy sójka przyleciały na chwilę. Nic szczególnego się nie działo. Wyszedłem więc z ukrycia i pojechałem do domu.


Kilka dni później znów miałem możliwość wyjechania na zdjęcia, tak też zrobiłem. Pobudka o 4:45 rano, śniadanie i w drogę. Na miejscu byłem przed wschodem słońca. Jak się później okazało, była to najdłuższa zasiadka w moim życiu, gdyż do domu wróciłem o 16:00.

Pogoda była idealna. Słońce, bez wiatru. Od razu większy ruch niż poprzednim razem, podczas pochmurnego przedpołudnia. Myszołowy pojawiały się non stop wokoło mojej czatowni. Czasem były 2, a nawet 3 osobniki na ziemi. Reszta siedziała na drzewach i obserwowała. Ja wykonywałem zdjęcia.

Skupiłem się znów na ujęciach w ruchu. Z uwagi na dobrą pogodę, czasy były odpowiednie do takich ujęć.

W końcu udało mi się wykonać zdjęcie, z którego jest bardzo zadowolony. Co lepsze, myszołów w tym momencie rzeczywiście polował, to nie było zwykłe lądowanie.



Oprócz myszołowów, bardzo często pojawiały się sroki oraz sójki. Srok czasami było nawet kilkanaście. Z jednej strony się cieszyłem, ale z drugiej znów, ciężko było wykonać dobre zdjęcie. Jedna bądź dwie ładnie zmieściły się w kadrze, to znów trzeciego ptaka nie było widać w całości. Walczyłem jak mogłem, a sroki skakały, nadlatywały z wielką szybkością.

Na szczęście udało się wykonać ujęcie, które prezentuję poniżej.



Zapraszam do odwiedzenia galerii ptaków po większą ilość zdjęć z tych dwóch wspaniałych dni spędzonych w ukryciu. Sezon zimowy był bardzo udany, choć zimą bym tego nie nazwał. Śniegu jak na lekarstwo, temperatura wysoka. Ptaki nie miały ciężkiego sezonu tym razem.



Drapieżna zima

04-03-2014

Jesienią poprzedniego roku sporo nachodziłem się po lasach w poszukiwaniu fotograficznych tematów. Zauroczony jednym z grzybów, skupiłem się na tym temacie, co można zauważyć w poprzednich moich wpisach na stronie. Dzięki temu pokonałem sporo kilometrów na łonie natury, co przyczyniło się do udanego sezonu zimowego.

Pewnego dnia znalazłem bardzo ciekawe miejsce na skraju lasu, gdzie moje zainteresowanie wzbudziła ilość ptaków. Było ich naprawdę sporo. Postanowiłem bliżej poznać to miejsce. Kiedy tylko miałem czas, wyruszałem w las w celu obserwacji. Po kilku takich wyjazdach podjąłem decyzję o budowie czatowni. Plusem było też to, że ani razu nie spotkałem w tym miejscu ludzi, co dawało duże szanse powodzenia. Miałem nadzieję, że nikt nie będzie płoszył ptaków, jak również czatownia przetrwa tych kilka miesięcy.

Z uwagi na dużą liczbę gatunków, postanowiłem, że tym razem czatownia będzie z prawdziwego zdarzenia. Czatownia miała być dla dwóch osób, więc komfort pracy miał być większy niż w zeszłym roku, gdzie malutkie M1 było tak obcisłe, że nawet nie potrafiłem wyprostować nóg.

Mając potrzebne materiały, wraz z ojcem zaprojektowaliśmy szkielet konstrukcji. Kolejnym etapem było skręcenie go, dokładne opisanie każdego kawałka drewna i rozkręcenie. Pewnie zastanawiacie się w jakim celu. Z uwagi na to, iż z samochodu do upatrzonego miejsca było 2,5km marszu, więc trzeba było całe materiały przetransportować do lasu. Kilka razy, pod osłoną nocy jeździłem z dechami i pozostałymi materiałami do lasu, by niezauważonym móc zgromadzić wszystko w jednym miejscu.

W końcu nadszedł czas budowy. Praca pochłonęła cały dzień. Najpierw dziura, bo czatownia miała być wkopana w celu uzyskania dobrej perspektywy przy fotografowaniu. Kolejnym etapem było skręcenie desek, włożenie całego szkieletu do dziury i nałożenie folii. Najwięcej czasu straciłem na maskowaniu budowli, gdyż tym razem była ona sporych rozmiarów. Na szczęście praca dobiegła końca i zostały tylko kosmetyczne poprawki na kolejny dzień.

Kolejnym etapem było zwabienie ptaków przed czatownię. Zbudowałem więc karmik, w celu fotografowania mniejszych gatunków. Wiadomo, że ptaki nie od razu pojawią się w tym miejscu, więc przez niecały miesiąc jeździłem i sprawdzałem ilość pożywienia. Z biegiem czasu, znikało go coraz więcej, a wokoło ptaków nie ubywało, a wręcz przeciwnie, było ich coraz więcej. Nadchodził grudzień, więc liczyłem na spory ruch.

Korzystając z okresu świąteczno-noworocznego, miałem więcej wolnego czasu, więc postanowiłem spędzać go w czatowni, by móc zaobserwować jakie dokładnie ptaki pojawiają się w okolicy. Dodatkowo, musiałem sprawdzić czy światło będzie odpowiednie dla zdjęć oraz czy odległość nie jest za daleka/za bliska do fotografowania. Jak to zwykle bywa, trzeba było sporo rzeczy zmodyfikować, ale w końcu udało mi się wszystko przygotować.

W ostatnich dniach grudnia poprzedniego roku przez kilka dni jeździłem do czatowni. Pogoda niestety nie była łaskawa. Miała być zima, a było pochmurnie i padał deszcz. W taką pogodę nawet ptaki nie mają ochoty na większą aktywność. Na szczęście po kilku beznadziejnych dniach nastały dużo lepsze warunki, więc pojawiła się szansa na zdjęcia.

Na początku jak to wszędzie, pojawiały się bogatki i modraszki. O dziwo, modraszek było znacznie więcej niż popularnych bogatek. Z biegiem czasu, pojawiały się inne gatunki, jak mazurki czy kosy.

Pewnego dnia siedząc w środku usłyszałem znajome głosy. Były to dzwońce, które tak bardzo lubię. Skupiłem się na fotografowaniu tego gatunku. Mimo wielu prób sporo zdjęć było nieudanych, a to z powodu uciętych kadrów w locie, a to z uwagi na rozmycia spowodowane zbyt długim czasem naświetlania.

Poniżej przedstawiam najlepsze wg mnie kadry, które udało mi się wykonać jednego dnia, kiedy pogoda rzeczywiście była idealna.

Główną uwagę skierowałem na dzwońce.



Czasami dużo "szumu" robiły też sikory bogatki, których było naprawdę sporo. Często dochodziło do ekscesów przed czatownią, co widać na poniższym zdjęciu.



Czas mijał, w końcu zaczęła się zima w przyrodzie, więc zacząłem skupiać się na tym, pod co czatownia była wybudowana, czyli ptaki drapieżne. I tu od razu bomba. Pierwsza zasiadka, minusowa temperatura, padający śnieg, a przed obiektywem na razie same drobne gatunki. Czekałem na myszołowy.

Nagle nie wiadomo skąd przed sam obiektyw (3 metry ode mnie) wpadł jak grom z jasnego nieba krogulec. Błyskawiczny atak na mazurki przy karmiku. Na szczęcie dla maluchów, na nieszczęście dla drapieżnika, atak nie powiódł się. Kilka sekund później krogulec wzbił się w powietrze i zniknął. Pierwszy raz w życiu widziałem takie zdarzenie na żywo, do tego jeszcze tak blisko. Serce zaczęło mi walić, oczy wyszły, a ja wciąż słyszałem ten huk, jak krogulec wpakował swoje szpony w ziemię. Pisząc ten artykuł mam go przed oczami, ten piękny kolor upierzenia i zabójczy wzrok.

Ta sytuacja dała mi nadzieję na ciekawy sezon. Nastał styczeń, w sumie ostatni tydzień stycznia. To była prawdziwa zasiadka od kilku miesięcy. Wstałem o 4:45 w nocy, zjadłem śniadania, zabrałem cały sprzęt i w drogę. Będąc w połowie drogi zorientowałem się, że nie zabrałem grubych, wełnianych skarpet, a było kilkanaście stopni poniżej zera. Nie miałem zamiaru wracać, gdyż na miejscu musiałem być jeszcze pod osłoną nocy. Trudno, jakoś musiałem dać radę.

Przyjechałem do lasu, w kompletnych ciemnościach czekało mnie jeszcze 2,5 km marszu z całym ekwipunkiem i pokarmem dla ptaków. Po 30 minutach byłem na miejscu. Szybkie rozstawienie statywu, zamknięcie drzwiczek i pozostało tylko czekać. Była to pierwsza zasiadka, więc wziąłem ją na luzie, bez oczekiwania na świetne ujęcia.

Ku mojemu zdziwieniu, już po godzinie 8:00 pojawił się pierwszy myszołów. Miałem szczęście, bo ptak usiadł idealnie przede mną na drzewach oddalonych o jakieś 50 metrów. Widziałem go jak na dłoni. Postanowiłem spróbować ujęć w locie. Przygotowałem wszystko w aparacie i czekałem, ciągle obserwując ptaka przez wizjer aparatu.

W końcu ruszył. Wstrzymałem oddech, bacznie śledząc lot myszołowa. Jak tylko pojawił się w miarę blisko zacząłem wykonywać serie zdjęć. Niestety moje body z niecałymi 4 klatkami na sekundę w takich sytuacjach nie pomaga, ale jakość zdjęć jest o niebo lepsza niż w przypadku drugiego body (Canona 50D).

Szczęście dopisało. Udało mi się uwiecznić pierwszego myszołowa z nowego miejsca, dodatkowo w locie. Bardzo się cieszyłem. Jednak przyglądając się bliżej upierzeniu, pomyślałem, że może to myszołów włochaty, gdyż miał bardzo jasne pióra.



Jednak nie było czasu na dokładne sprawdzenie ujęć na ekranie aparatu, gdyż ptak wylądował po lewej stronie czatowni. Powolutku przesunąłem obiektyw w jego stronę, by nie spłoszyć ptaka. Znowu szczęście. Ptak ładnie mieścił się w kadrze przy tej odległości, a do tego na zewnątrz panowały świetne warunki. Znów mając wzrok w wizjerze aparatu bacznie obserwowałem tego osobnika. Niesamowite miał upierzenie. Jasny, nigdy takiego nie widziałem w okolicy. Tym bardziej byłem zadowolony.

Po kilku chwilach ptak zaczął niespokojnie się zachowywać. Zaczął zmieniać pozycje, to w jedną stronę, to za chwilę w drugą - kierował swój wzrok.

Sekundy minęły, a myszołowa już nie było, za to zza pleców doszedł mnie głos myszołowa. Czy to właśnie ten osobnik, który odfrunął, czy może kolejny ?

Pustka przed czatownią, więc była chwila na sprawdzenie kadrów w aparacie. Okazało się, że sporo ujęć „lotnika” była nieostrych, a moment samego lądowanie trafił idealnie, jednak ptak miał obcięte skrzydła. Pech, a może brak umiejętności. Chyba to drugie.

Za to trafił mi się ładny kadr z ptakiem na patyku. Poniżej zdjęcie ukazujące myszołowa w całej okazałości, pięknie ubarwionego, podczas gdy „kręcił się” na patyku.



Dźwięk, który słyszałem za sobą był odgłosem innego osobnika. Jak się później okazało, myszołowów było więcej. Ptaki po kolei przysiadały na pobliskich drzewach. Czasem je obserwowałem, czasem nagle znad czatowni rozlegał się ich przepiękny odgłos. Byłem bardzo zaskoczony, że już podczas pierwszej zasiadki przed sobą widzę taki ruch. To tylko potwierdzało mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałem miejsce na budowę czatowni.

W pewnym momencie wylądował na ziemi kolejny, całkowicie inny osobnik. Zauważyłem, że ma bardzo ciekawe oczy, takie jasne, jak żaden inny myszołów, które dotychczas pojawiały się przed obiektywem. Po chwili ptak ten zaczął wydawać dziwne dźwięki, które pierwszy raz słyszałem wydawane przez myszołowa. Wydawało mi się, że może jest to młody osobnik, nie znam się tak dokładnie na ptakach.

Po kilku minutach do myszołowa dołączył drugi osobnik. Na początku bacznie się obserwowali, co widać na zdjęciu poniżej.



„Młodzian” dalej wydawał dziwne popiskiwania, a nowy osobnik z ostrożnością poszedł do stołówki i nie zważając na pozostałych, zaczął jeść.


Podsumowując, w pewnym momencie miałem przed sobą 5 osobników, co było dla mnie ogromnym sukcesem, patrząc z uwagi na to, że była to pierwsza zasiadka w nowym terenie. Do domu wróciłem o 14:30 - zmęczony, głodny i troszkę zmarznięty. Brak grubych skarpet dał się we znaki. Po weryfikacji zdjęć na dużym ekranie, okazało się, że zdjęć „lotniczych” nie ma praktycznie w ogóle do pokazania, poza tym jednym, które pokazałem. Nie zraziłem się, a nawet wręcz przeciwnie. Widząc jaki był ruch pod budą, liczyłem na kolejne ciekawe przygody na łonie natury.

Byłem bardzo zadowolony, że obserwacja, godziny spędzone w terenie, porządna czatownia i poświęcenie dały już taki efekt.

Zapraszam więc do galerii ptaków, gdzie można zobaczyć pozostałe ujęcia opisanych powyżej gatunków.



Jesień z rudą kitą

28-12-2013

Okres świąteczno-noworoczny pozwolił mi nadrobić małe zaległości. Posiadam więcej wolnego czasu, więc mogę zaktualizować stronę o zdjęcia wiewiórek, które wykonałem w listopadzie tego roku.

Razem z znajomym wybraliśmy się tego dnia w miejsce, gdzie w okresie jesiennym spotkać można sporą liczbę tych cudownych zwierząt. Pogoda nie rozpieszczała, ale to nas nie zniechęciło. Po dotarciu na miejsce sporo czasu poświęciliśmy na obserwacje. Po okresie bacznego śledzenia wiewiórek postanowiliśmy poszukać odpowiedniego miejsca na zdjęcia.

Światła było mało, więc miejsce musiało być odsłonięte, by udało się wykonać w miarę dobre ujęcia. W tym dniu postanowiłem uchwycić trochę ruchu na fotografiach. Leżąc na karimacie w sporym błocie próbowałem fotografować wszędobylskie wiewiórki. Nie było łatwo, jednak z pomocą znajomego efekty były coraz lepsze.

Jedno z ujęć, gdzie wiewiórka stanęła na tylnych nogach udało mi się wykonać (myślę) prawidłowo. Będąc już w domu i przeglądając cały materiał z tego dnia, zdjęcie to skojarzyło mi się z teledyskiem do piosenki: Michael Jackson – „Thriller”.



Czas mijał, a wiewiórek nie ubywało. Ciągle co chwila to z jednej, to z drugiej strony wyłaniały się z uszami do góry ponad liśćmi leżącymi na ziemi. Jeśli tylko pojawiała się jakaś w okolicy, od razu śledziłem jej ruchy aparatem, by spróbować uchwycić ciekawy moment.

W pewnym momencie przede mną pojawił się „Pudzian”, bo taką ksywkę od razu ode mnie dostał. Stał z rozszerzonymi nogami i spuszczonymi przednimi łapkami niedaleko i obserwował okolicę ... taki pewniak. Nagle ruszył, a ja wykonałem serię zdjęć. Okazało się, że wyszło tylko jedno ujęcie.

Na zdjęciu widać jak „Pudzian” próbuje przesunąć korzeń drzewa czy też może wspiąć się na górę. Zabawnie to wygląda, więc pokazuję Wam to ujęcie.



Zdarzały się też osobniki, które całkiem swobodnie podchodziły do nas bez obaw. Widząc to, zmieniłem obiektyw i spróbowałem uchwycić wiewiórki w inny sposób niż teleobiektywem. Sporo czasu upłynęło, aby wiewiórka choć na chwilę podeszła bardzo blisko, a ja ciągle z nosem w aparacie siedziałem w bezruchu.

W końcu nadeszła ta chwila, gdzie wiewiórka weszła na pieniek i chwilę z zaciekawieniem poprzyglądała się nam. Zdjęcie wykonałem obiektywem o ogniskowej 100mm.



Dzień jak zwykle z wiewiórkami był bardzo przyjemny i pozytywnie nakręciła nas na dalsze fotografowanie przyrody. Zapraszam do galerii ssaków, gdzie zamieściłem kilka innych fotografii z tego dnia.



"Na grzyby ..."

05-10-2013

W kalendarzu zerwałem kolejną kartkę. Nastał wrzesień. Nie da się ukryć, że jesień coraz bliżej. Główny element otaczającej nas przyrody, który najbardziej kojarz mi się z jesienią to grzyby. Zawsze z rodziną co roku musimy wybrać się na grzybobranie. Tym razem nie było inaczej. Korzystając z wolnego weekendu postanowiliśmy wczesnym rankiem pochodzić po lesie przy okazji zbierając grzyby.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że mały parking zajęty jest prawie w całości samochodami. Widać było, że ludzie tak jak i my, spragnieni byli grzybobrania. Jednak okazało się, że jeszcze nie wszystkie grzyby zostały zebrane. Wystarczyło 10 minut i już w koszyku było parę sztuk.

Ja oczywiście wziąłem ze sobą aparat, mając w głowie kilka pomysłów na zdjęcia. Po kilkudziesięciu minutach szukania grzybów dotarłem do miejsca z wrzosami. W tym miejscu musiałem zatrzymać się na dłużej. Położyłem się na ziemi i postanowiłem zrobić kilka ujęć. Kombinowałem z ustawieniem głębi ostrości, kadrem itd. Co kilka minut podchodził do mnie jakiś grzybiarz pytając się czy nic mi się nie stało. To chyba rzeczywiście dziwny widok w środku lasu, widząc nagle leżącą osobę na ziemi.

W końcu po około 40 minutach, na karcie miałem kilkadziesiąt kadrów, więc postanowiłem skończyć sesję. Jak się później okazało była to jedyna sesja w tym dniu. Idąc w las napotkaliśmy na taki fragment, gdzie grzybów było pełno. Co kilka kroków znajdowaliśmy coś do zerwania. Koszyk szybko się zapełniał, więc grzybobranie zakończyło się szybciej niż planowaliśmy.

Największy grzyb miał 17cm średnicy kapelusza, prawie 90% była zdrowa. Od razu tego samego dnia zjadłem dobry obiad z sosem grzybowym. Kolejnego dnia była wyśmienita zupa, a reszta do dziś mrozi się w lodówce.


Przeglądając zdjęcia na komputerze postanowiłem wybrać jedno, które według mnie mimo małej głębi ostrości, ukazuje piękno leśnego świata, które mamy pod nogami.



Zafascynowany lasem postanowiłem głębiej zająć się fotografowaniem grzybów. Kolejny weekend upłynął właśnie w lesie na fotografowaniu. Razem z kumplem wyruszyliśmy około 10:00. Po wejściu w las przybraliśmy schyloną pozycję i wypatrywaliśmy ciekawych okazów. Co jakiś czas zostawaliśmy na dłużej w danym miejscu robiąc zdjęcia ciekawym gatunkom grzybów. W pewnym momencie kumpel aż wrzasnął z zachwytu. Szybko podbiegłem zobaczyć cóż on to znalazł. Okazało się, że znalazł dorodne dwa prawdziwki.


Poniżej jeden z prawdziwków delikatnie skubnięty przez jakiegoś głodomora.



Po sesji z prawdziwkami poszliśmy dalej. Kumpel znalazł jeszcze kilka jadalnych grzybków, ja nawet nie szukałem. Zapasy z poprzedniego tygodnia wystarczą. Szukałem za to kolejnych ciekawych gatunków do uwiecznienia na fotografii. Z uwagi na brak kleszczy mogłem leżeć gdzie popadnie bez obawy o insekty. W taki to sposób przeleciało nam prawie 5 godzin z tego pięknego dnia.

Wracając już do samochodu w pewnym momencie przy samej ścieżce zauważyłem kolejne ciekawe grzyby. Dodatkowo wyrastały z ściętego, spróchniałego pieńka w otoczeniu bardzo delikatnych traw. Od razu pojawił mi się pomysł na kadr, więc kolejny już raz położyłem się na brzuchu i kilkanaście minut po raz kolejny było zajętych obmyślaniem odpowiedniego ujęcia.


W końcu chyba osiągnąłem to czego chciałem.



Przeglądając zdjęcia na komputerze, stwierdziłem, że to był bardzo udany fotograficzny dzień. Sporo ciekawych kadrów. Dzięki temu mocno zafascynował mnie ten temat. Niedziela niestety była pochmurna i deszczowa, więc przesiedziałem ten dzień w domu.

Po kolejnych pięciu dniach w pracy nastała sobota. Dzień wolny, więc korzystając z tego, pojechałem znów do lasu. Po raz kolejny celem była fotografia grzybów. W pewnym momencie udało mi się zauważyć bardzo ciekawego grzyba. Z uwagi na to, iż nie znam nazw postanowiłem wykonać fotografie i sprawdzić w Internecie informacje o nim.


Okazało się, że jest to Świecznica rozgałęziona/ Clavicorona pyxidata. Grzyb znajduje się na czerwonej liście grzybów wielkoowocnikowych zagrożonych w Polsce ze statusem V - narażone.



Nie spodziewałem się, że uda mi się odnaleźć taki ciekawy gatunek. Od razu obok znalazłem kolejne ciekawe „rodzinne” skupisko grzybów.


W tle wyrastały paprocie mające już jesienne kolory, dzięki czemu powstał bardzo ładny drugi plan.



Zapraszam do galerii "Świat krasnali" po resztę kadrów z weekendowych dni spędzonych w lesie.



Po długiej przerwie

18-09-2013

W końcu urlop, więc mogę usiąść i coś napisać. Temat, który chcę Wam przedstawić marzył mi się jak tylko zacząłem fotografować przyrodę. Na początku były ptaki, ale zawsze podziw budziły u mnie zdjęcia ssaków. Właśnie ten chytry ssak, swoimi kolorami, charakterem i sposobem życia śnił mi się po nocach. Bohaterem był oczywiście lis.

W zeszłym roku, zimą, na przełomie listopada i grudnia zacząłem wędrówki po lasach w celu poszukiwania przede wszystkim czubatki. Ten gatunek sikorki urzekł mnie charakterystycznym czubkiem na głowie i świetnym, magicznym okiem koloru czerwonego. W taki to sposób, przechodząc kolejne kilometry leśnych terenów natrafiłem na norę lisa.

Po odnalezieniu jednej nory, przeczesałem bardzo szczegółowo jej okolicę. Okazało się, że była to jedna z kilku nor w tym rejonie. Celem było odnalezienie aktywnej nory. Z uwagi na to, iż za oknem była piękna zima, zwierzęta zostawiały ślady po swoich leśnych wędrówkach. Po kilku tygodniach obserwacji okazało się, że mieszkańcami nor nie są jedynie lisy. Pewnego razu na śniegu zauważyłem inne ślady. Wykonałem zdjęcie, po powrocie do domu i przeszukaniu informacji w sieci okazało się, że są to ślady borsuka.

W taki sposób dzięki czubatkom stałem się „posiadaczem” terenu z norami lisów oraz borsuków. Nie pozostało nic innego jak konkretna obserwacja. Mając kilka dni wolnego , postanowiłem przesiedzieć je w lesie. Namiot, ciepłe ubrania i zasiadki po kilka godzin. Bardzo szybko okazało się, że teren rzeczywiście jest bogaty. Już w pierwszym dniu dwa razy lis pojawił się w zasięgu wzroku. Po kilku dniach obserwacji trzeba było wrócić do codziennych obowiązków. Z uwagi na to, że takie miejsce to dla mnie skarb podjąłem decyzję o zakupie fotopułapki.

Po otrzymaniu przesyłki z fotopułapką nie pozostało mi nic innego jak zawieść ją w rejon lisich nor. Po przybyciu na miejsce zauważyłem znów świeże ślady na śniegu. Znalazłem odpowiednie miejsce na pozostawienie sprzętu i w taki sposób rozpocząłem poznawanie przyrody w inny sposób niż fotografia.

Wiadomo, ciekawość mnie zżerała, więc już kolejnego dnia odwiedziłem nory. Jakże miło się zaskoczyłem tym, iż już pojawił się pierwszy film z mieszkańcem lasu. Był to lis, a film możecie zobaczyć tutaj. Widać na nim dorosłego lisa z dużą kitą jak powoli wchodzi do nory tylnym wejściem. To był dobry znak. W kolejnym okresie co jakiś czas przenosiłem fotopułapkę w rejon innej nory, by zweryfikować czy są one zamieszkane.

Co kilka dni jeździłem do lasu i sprawdzałem nagrania. Niekiedy zdarzało się, że kompletnie nic się nie nagrało. Czasem znów kamera włączała się nagrywając przechodzące stadko jeleni czy posilające się w jej obliczu sarny. Nic konkretnego nie było w okolicy. Nadszedł jednak dzień, gdzie moim oczom ukazał się kolejny zwierzak zamieszkujący inną norę. Był to borsuk. Potwierdziło to moje obserwacje zimą, kiedy to znalazłem ślady tego ssaka na śniegu.

Film dostępny jest tutaj. Po dokładniejszym sprawdzeniu nagrania widać, że borsuk ten ma uszkodzone jedno oko. Mam nadzieję, że nie przeszkadza mu to w normalnym funkcjonowaniu.

Z uwagi na brak wolnego czasu nie mogłem niestety przesiedzieć większej ilości czasu, by zająć się obserwacją i fotografią borsuków w tym momencie. W związku z tym, fotopułapka ciągle rejestrowała życie tej nory. Po kilkunastu dniach okazało się, że z nory wyszedł całkiem inny borsuk. To była świetna wiadomość … zapowiadał się dobry okres dla mnie jako fotografa przyrody.

Czas mijał … nastał już maj. Jest to okres kiedy można zająć się obserwacją lisów z uwagi na młode osobniki. Wiadomo, nie należy ingerować w życie tych zwierząt szczególnie w takim okresie, w związku z tym przy pomocy kamery, nora, którą odnalazłem zimą była pod ciągłą obserwacją. Ja w miarę wolnego czasu, raz na kilka dni przyjeżdżałem by ostrożnie sprawdzić nagrania.

Kiedy nastały cieplejsze dni miałem nadzieję na moją pierwszą obserwację tych maluchów. Pod koniec maja przyjechałem ponownie zweryfikować czy fotopułapka coś zarejestrowała. Byłem w szoku. Przez kilka dni nagrało się prawie 50 filmów z pięknymi scenami szaleństw młodziutkich lisków. Zrzuciłem nagrania na komputer, by lepiej się im przyjrzeć. Po analizie wywnioskowałem, że w norze żyje 5 młodych osobników. Przede wszystkim zdrowych i pełnych energii.

Postanowiłem kilka scen zmontować w jedną całość. Film możecie zobaczyć tutaj. Byłem bardzo szczęśliwy faktem, że pierwsze podejście do tematu lisów zaszło już tak daleko. Zbliżał się kilkudniowy urlop, więc już nie mogłem się doczekać spotkania maluchów na żywo. Postanowiłem wykorzystać jeden z dni na budowę prowizorycznej czatowni. Przy użyciu siatki maskującej i kilku gałęzi powstała konstrukcja przypominająca indiański namiocik. Miałem tylko nadzieję, że żaden nieoczekiwany gość w postaci człowieka nie rozwieje moich marzeń.


Nastała ta chwila. Czy marzenia się spełnią ? Wstałem wcześnie rano, zjadłem śniadanie i w drogę. Na miejscu byłem trochę po wschodzie słońca. Po wejściu do czatowni pozostało czekanie w kompletnej ciszy. Ssaki to trudniejszy temat do fotografowania niż ptaki, więc byłem ciekaw czy uda mi się choć zobaczyć na chwilkę młodych mieszkańców nory. Czas mijał, a ja na razie odganiałem się od komarów i zrzucałem z siebie kleszcze. Dodatkowo, z uwagi na kominiarkę oraz moskitierę na głowie oraz leśne ciuchy maskujące pot spływał po każdej części ciała. Nagle po kilku godzinach zauważyłem, że paprocie, którymi porosła cała nora zaczęły się gwałtownie poruszać.

W samo południe (bo było kilka minut po 12:00) coś zaczęło się dziać. Po chwili stało się - pierwszy raz na żywo widzę kilkanaście metrów przede mną młodego lisa. Jakież to piękne, bezbronne stworzenie, które ledwo co stoi na malutkich łapkach. Chcę zrobić zdjęcie, jednak postanawiam poczekać, żeby maluch trochę pobiegał z dala od pozostałej grupy rówieśników, która zapewne smacznie śpi w norze.


W końcu pada pierwszy „strzał” migawki i stres, jak zareaguje na ten obcy dźwięk mały lisek. Okazało się, że malec w ogóle na mnie nawet nie spojrzał. Uffff ... jak mi ulżyło. Postanowiłem wykonać jeszcze kilka pojedynczych ujęć, z których zostało tylko to jedno (reszta była nieostra).



Po kilku chwilach lis w spokoju odszedł za górę piachu. Czekałem i czekałem … a pot ze mnie spływał. Owady nie dawały chwili spokoju. W tym dniu więcej już żaden lisek nie pojawił się przede mną. Postanowiłem więc w miarę bez hałasowania wyjść z ukrycia i udać się do samochodu. To był mój najwspanialszy dzień obcowania sam na sam z dziką przyrodą. Już nie mogłem doczekać się kolejnego dnia.

Jak można było się spodziewać, poranek dokładnie taki jak poprzedniego dnia. Klika minut po wschodzie słońca siedziałem już w czatowni z niepokojem oczekując co mnie spotka tym razem. Jakie zdziwienie zapewne malowało się na mojej twarzy , kiedy to już po godzinie 8:00 rano zaczęło tętnić życie w okolicach nory. Łodygi paproci, które były już dość wysokie bardzo mocno zaczęły się poruszać.

Siedząc w czatowni ciągle spoglądałem przed siebie przez wizjer aparatu, dzięki czemu z bliska mogłem się temu przyglądać. Co chwila zza góry piasku wystawały uszy jednego, czasem dwóch maluchów. Za chwilę słychać było delikatne pomrukiwanie i znów gwałtownie poruszały się paprocie. Maluchy wariowały na całego. Modliłem się, by wyszły zza piachu, który przysłaniał mi ich plac zabaw. Niestety, po kilkunastu minutach nagle sytuacja się ustabilizowała. Liski weszły do nory.

Nie zniechęciło mnie to. Czekałem dalej. Oczywiście moimi stałymi kumplami były wszelkiego rodzaju owady. W samym środku lasu można spotkać masę różnego rodzaju owadów. Najbardziej przerażały mnie kleszcze, widomo z jakich względów. Okazało się, że tego dnia zrzuciłem z siebie prawie 20 sztuk. Wieczorem odnalazłem jednego wbitego, ale łatwo został usunięty.

Wracając do lisów. Przed godziną 10:00 bez jakichkolwiek oznak nagle przed obiektywem pojawiły się dwa młode. Tak jak poprzednio, zajęci byli całkowicie zabawą. Dzień był słoneczny, światło przebijało się przez drzewa, powodując nieładne dla fotografii duże kontrasty i cienie. Taki urok leśnego fotografowania. Na pamiątkę wykonałem kilka zdjęć.


Na zdjęciu poniżej widać, jak młode osobniki spędzają dzieciństwo. Nie zważając na nic wokoło przewracają się, skaczą itd. Cóż to była za uciecha przyglądać się im na żywo – niesamowite przeżycie.



Po szaleństwach liski postanowiły zwiedzić okolicę nory. Chodziły, ledwo utrzymując się na łapkach, powoli badając każdy przedmiot leżący na ziemi … nagle szybki skok i były po drugiej stronie swojego mieszkania. Na obserwacjach tych dwóch osobników spędziłem niemal godzinę patrząc ciągle w wizjer aparatu. Postanowiłem nie wykonywać zdjęć z uwagi na ostre światło, a przy okazji nie chcąc przestraszyć lisków.

Po okresie zabaw i zwiedzania leśnych terenów nastała cisza – lisy ponownie schowały się w norze. Czasami słychać było w lesie dalekie „szczekanie” kozłów, innym razem nieopodal spadła szyszka, stawiając mnie na nogi.

Czas mijał, światło zmieniało swój kierunek, przechodząc już za moje plecy. Co jakiś czas nora znajdowała się w cieniu, kiedy to słońce zasłaniały drzewa. W końcu w okolicach godziny 15:00 pojawiło się kolejne „światełko w tunelu”. Jak to bywało wcześniej, znów spostrzegłem jakieś ruchy za usypanym piachem. Pełna gotowość i oczy skierowane w wizjer aparatu.


Po kilku chwilach pojawił się pierwszy młodzian. Szczęście dopisało. Lisek stanął na samym szczycie i zaczął obserwacje. Widząc jago zachowanie miałem obawy czy powinienem robić zdjęcia. Spróbowałem. Lis nawet nie zareagował, choć uszy miał skierowane w moją stronę.



Moment ten nie trwał długo, gdyż zza lisa wyszły kolejne dwa osobniki. Takiej ilości na żywo jeszcze nie widziałem. Nawet nie mieściły się razem w obiektywie lub też jeden z nich był w paprociach co powodowało, że był całkowicie w cieniu.

Czekałem na lepszy moment. Liski ganiały we wszystkie strony, czasem wchodząc na górę korzenia, który wystawał nad norę. Zdjęcia były by piękne, jednak to miejsce miałem zasłonięte przez gruby pień drzewa. Plusem było to, że czatownia nie rzucała się zbytnio w oczy, minusem jak widać, brak możliwości swobodnego fotografowania.


W końcu się udało. Znów na szczycie góry z piaskiem pojawił się osobnik, a za nim spokojnie wszedł drugi lisek. Skierowane w moją stronę zaczęły szczerzyć zęby i podgryzać się w zabawie. Taki moment obserwowałem pierwszy raz, więc musiałem wykonać kilka serii ujęć.



Tak … kiedyś musiałem zejść na ziemię. Nie wiem co było powodem, ale w pewnym momencie wszystkie maluchy nagle stanęły wystawiając się mocno do góry, jakby nasłuchując. Kilka sekund później nie było już żadnego osobnika przede mną. Trudno mi powiedzieć co je przestraszyło, ja nic nie słyszałem, ale zabawa się skończyła. Czekałem prawie do zmroku, jednak nie miałem już okazji do fotografowania.

To był baaardzo długi dzień w lesie. Jednak obserwacja młodych lisów na żywo zrekompensowała głód, pot i batalie z komarami czy kleszczami. Przeglądając zdjęcia na komputerze byłem zadowolony, że udało mi się przy pierwszym podejściu do tematu zapisać wspomnienia na fotografiach. W głowie miałem same chwile zabaw tych maluchów. Mając jeszcze wolne w kolejnych dniach czekałem z niecierpliwością na kolejne spotkania.

Moje plany pokrzyżowała pogoda. Nastał okres pełnego zachmurzenia i potężnych wilgotnych mas powietrza. Lało przez kilka dni praktycznie bez przerwy. Kiedy pojawiało się kilka godzin bez deszczu szybko zabierałem sprzęt i pędziłem do lasu na spotkanie z lisami. Często było tak, że praktycznie po wejściu do czatowni znów zaczynało padać i po kilku chwilach wracałem do samochodu.

Kiedyś właśnie w takim dniu jak opisany powyżej, na polanie, po wejściu na wzniesienie pojawił się kilka metrów przede mną dorosły lis. Szczęście takie, że miałem aparat na szyi, a lis był odwrócony do mnie tyłem. Postanowiłem powoli przykucnąć i skierowałem aparat w stronę zwierzaka.


Czekałem tylko, aż lis odwróci się w moją stronę. Po chwili tak też się stało … zapewne mnie wyczuł. Ja szybko wykonałem serię zdjęć. Mimo fatalnej pogody i padającego deszczu powstała ciekawa fotografia.



Jak to mówią, po burzy zawsze wychodzi słońce. Tak też się stało. Po kilku dniach opadów, w końcu niebo rozjaśniło się. Postanowiłem wybrać się z zamiarem dalszych obserwacji i fotografowania do lasu. Po przybyciu na miejsce zastałem straszny widok. Odnalezione nory lisów oraz borsuków zostały doszczętnie zalane wodą. Po intensywnych opadach, widać ... że nawet w środku lasu ściółka nie zdołała sobie poradzić z tak olbrzymią ilością wody. Całe moje marzenia na ten rok poszły w piach.

Trudno - po raz kolejny przekonałem się, że przyroda jest nieobliczalna. Lisy już od pewnego czasu sporą część dnia spędzały poza norą, mam nadzieję, że zdołały się przenieść w inne miejsce. Borsuk – po zapisach na fotopułapce - z kolei wychodził na razie sam. Oby nie było w norach młodych. Choć może rodzice byli w stanie je przenieść ? Masa pytań , na które nie poznam odpowiedzi.


Zapraszam do galerii ssaków, gdzie można zobaczyć pozostałe zdjęcia ze spotkań z młodymi lisami. Mam nadzieję, że zimą oraz w przyszłym roku znów uda mi się spotkać, poobserwować i sfotografować życie tych pięknych zwierząt.



Najpiękniejsza z sikor

12-03-2013

Początek roku był monotonnym etapem w mojej fotografii. Cały czas nie było odpowiedniej pogody- to padał śnieg, to wciąż niebo zakryte było ołowianymi chmurami, które powodowały, że wszystko wokoło zdawało się być szare, bez „życia”. To spowodowało, że aparat praktycznie wciąż leżał schowany w plecaku, a ja nawet nie miałem ochoty go wyciągać.

Dni były bardzo krótkie, szybko zapadał zmrok. Większość wolnego czasu spędzałem przed monitorem czytając różne artykuły i przeglądając masę zdjęć. Głównie skupiłem się oczywiście na tematyce fotografii przyrodniczej. W pewnym momencie natrafiłem na bardzo ładne zdjęcia jednej z sikor, a mianowicie czubatki. Nigdy jej jeszcze w terenie nie spotkałem, więc budziła u mnie podziw, z swoim charakterystycznym czubkiem na głowie.

Po kilku dniach w sieci zawrzało. Coraz więcej fotografów zaczęło pokazywać zdjęcia właśnie tego gatunku … zdjęcia naprawdę udane. Postanowiłem więc zaznajomić się z tą sikorą bardziej. Poczytałem kilka opisów tego gatunku pod kątem biotopu, pożywienia itd. Teraz pozostało tylko znaleźć odpowiednie miejsce w mojej okolicy.

Latem kilka razy bywałem w lesie, gdzie biotop opisany w artykułach spełniałby warunki dla czubatki w 100%. Nie pozostało nic innego, jak udać się w to miejsce i przez kilka dni pochodzić po lesie w celu obserwacji. Przed wyjazdem zapamiętałem głos czubatki z nadzieją, że być może dzięki temu uda mi się ją szybciej odnaleźć w ogromnym lesie.

Szukając czubatki przemierzałem kolejne części lasu z nadzieją na owocne spotkanie. Pierwszym gatunkiem, którego niespodziewanie spotkałem był mysikrólik. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak blisko domu żyje najmniejszy ptak Europy. Cały plan związany z czubatką przesunąłem dalej. Nie mogłem przecież odpuścić takiego gatunku. Jak szybko wpadłem w zachwyt, tak szybko dostałem po łbie. Mysikrólik nie dość, że jest najmniejszy, więc aby uwiecznić go na fotografii trzeba być naprawdę blisko, to jeszcze ma specyficzny sposób „bycia”.

Jednym słowem opisałbym to tak … „ADHD”. Dla mnie nie było szans na zrobienie jakiegokolwiek zdjęcia, czy poruszonego, czy „ostrego”. Zero, totalne zero. Podjąłem decyzję, że daruję sobie tego małego leśnego rozbójnika i powrócę do zamierzonego celu. Kolejne dni spędziłem dalej na penetrowaniu lasu, chodząc czasem po niecałe 4h po lesie w poszukiwaniu czubatki.

W końcu doszukałem się odpowiedniego według mnie miejsca i postanowiłem zaryzykować. Na jednym z drzew powiesiłem duży plaster słoniny dla ptaków z nadzieją, że to pomoże mi za kilka dni zobaczyć czubatki. Pogody jak zwykle nie było, w lesie ciemno jak w nocy, więc jeździłem tylko z lornetką i stołeczkiem, by z oddali obserwować moje wybrane drzewo.

Mijały dni i nic. Słonina jak została powieszona, tak wisiała bez śladów dziobania. Tydzień, dwa tygodnie – dalej nic. Pomyślałem, że to niemożliwe … jak w środku zimy ptaki potrafią sobie poradzić w lesie. Czyżby tak dużo pożywienia było na drzewach, że nawet nie skuszą się na smakołyki ? Z biegiem czasu nadzieja gasła – dałem ciała z mysikrólikiem, teraz szykuje się powtórka z sikorą.

Minął miesiąc. Pojechałem kolejny raz do lasu w celu obserwacji. Jak się okazało- to był magiczny dzień. Chodząc po lesie usłyszałem dzięcioła czarnego. Za chwilę udało mi się po śladach trafić na norę lisa. Siedząc około 40m od nory na krzesełku, nagle wprost na mnie nie wiadomo skąd wszedł lis. Był jakieś niecałe 10m ode mnie i dalej szedł prosto na mnie. Niestety, lekki ruch spowodował, że lis gwałtownie się zatrzymał i pobiegł w drugą stronę. Za chwilę usłyszałem nad sobą jastrzębia. Krążył wokół mnie wydzierając się na cały las. Pomyślałem, co się stało, że nagle po tylu tygodniach wszystko się skumulowało. Od razu nabrałem chęci do życia.

Poszedłem na koniec zobaczyć co z słoniną. Jakże mogło być inaczej- przez lornetkę zauważyłem dwie czubatki jak kursują tam i z powrotem podjadając po kawałeczku smakołyku. Udało się – pomyślałem. W końcu się pokazały. Teraz nie pozostało nic jak zacząć zabierać ze sobą aparat.

Jak miałem choć pół dnia wolnego czy to przed pracą, czy w weekendy od razu zabierałem sprzęt i gnałem do lasu. Za pierwszym razem zbudowałem na szybko konstrukcję z powalonych drzew, by móc narzucić siatkę maskującą i fotografować spod niej. Okazało się, że sikory w ogóle się nie bały.

Pierwszy wyjazd zapowiadał się nieciekawie z powodu pogody. Pełne zachmurzenie, brak szans na słońce. Jednak i tak z zapałem pokonywałem kolejne metry na leśnych ścieżkach. W końcu byłem na miejscu. Rozstawiłem aparat, nakryłem się siatką i pozostało czekać. Już za parę minut przede mną była czubatka. Cóż to był za moment, jak zobaczyłem ją z bliska przez wizjer aparatu. Piękne oko, świetny czubek na głowie i bardzo ciekawe upierzenie. Był jeden problem- czasy naświetlania.

Kilka serii zakończyło się niepowodzeniem, gdyż podobnie jak mysikróliki, czubatki również były bardzo ruchliwe. Godziny spędzone tego dnia w lesie pozwoliły mi poznać zwyczaje tych ptaków. Nauczyłem się też dokładnie odgłosów tego gatunku. Zauważyłem, że pojawiały się cyklicznie co 10 minut dwie czubatki. Być może to parka. Były przed obiektywem jakieś 2 minuty i znikały na kolejne około 10min. Szans na powodzenie nie było zatem za wiele.


Na koniec dnia okazało się, że na karcie zapisało się jedno udane zdjęcie. Reszta była do wyrzucenia. Poniżej widać cały urok czubatki. Piękne, czerwone oko oraz czubek na głowie.



Klika dni później po tym wyjeździe miałem dwa dni wolnego. Pierwszego dnia stał się cud- od ponad miesiąca zza chmur wyjrzało słońce. Jak dotarłem do lasu, światło wpadające do środka, przeciskało się przez choinki dając gdzieniegdzie piękne łuny świetlne. Las wydawał się całkowicie inny, niż zwykle. Dzięki temu, że pojawiło się słońce, w lesie słychać było dużo więcej oznak życia. Spotkać można było sarny, jelenie i dziki. Ptaków również było dużo więcej. Będąc na miejscu zauważyłem, że pod drzewem, gdzie zawsze siedzę, na ziemi leżało pełno szyszek. Zdziwiłem się, skąd się to tutaj wzięło.

Rozłożyłem się, nakryłem siatką i pozostało czekać na ptaki. Po kilku minutach nad głową rozległ się hałas. Wyjaśniło się też, skąd nagle w tym miejscu pełno szyszek. Otóż dzięcioł duży postanowił wykorzystać drzewo, pod którym siedziałem jako swoją kuźnię. Rąbał po kilkanaście minut w jedną szyszkę wydłubując wszystko ze środka i odlatywał. Wtedy słychać było pozostałe dzięcioły latające w okolicy.

Jak tylko dzięcioł pojawiał się z powrotną wizytą, na początek spadało coś obok mnie. To coś to rozłupana szyszka. Dzięcioł wkładał nową do szczeliny i zaczynał rąbanie. No tak, skupmy się na czubatkach.

Na szczęście ptaki były i pojawiały się co jakiś czas. Pogoda też dopisała, ale okazało się, że środek lasu to nie tak ekskluzywne miejsce jak polana. Tutaj co chwila światło znikało, gdyż jakaś choinka była na drodze promieni słońca. Budowałem schronienie w pochmurny dzień, więc ciężko mi było sprawdzić jak w tym miejscu wygląda sprawa światła.

Zdjęć z tego dnia było sporo, jednak okazało się, że ptak będący w cieniu, a za nim biały śnieg w pełnym słońcu powodowały, że zdjęcia nie były ładne.


To jedno z udanych zdjęć tego dnia. Uważam, że czubatki są najpiękniejsze z wszystkich żyjących w Polsce sikor. W pełnym słońcu oko pięknie świeci na czerwono.



W pewnym momencie przede mną siedziały dwie czubatki obok siebie. Szybko wykonałem serię zdjęć, jednak nie udało się wykonać nic ciekawego. Szkoda, gdyż takiego zdjęcia jeszcze nie widziałem w sieci. Sikory te były tak szybkie, że często miałem je w ruchu na fotografiach. Brak światła powodował, że zdjęcia były całe poruszone.


Na sam koniec dnia udało mi się uwiecznić jeszcze jednego osobnika, który z zaciekawieniem spoglądał prosto w obiektyw. Była to niecodzienna chwila, gdyż zwykle ptak siedział w miejscu jakieś 2-3 sekundy i już go nie było. Oprócz czubka i czerwonego oka, bardzo podoba mi się też rysunek na głowie. Pióra układają się jakby w dwa okręgi, a pod dziobem znajduje się ciemna broda. Tak ja to postrzegam.



Kolejne dni wyglądały bardzo podobnie. Przede wszystkim brak światła i towarzyszące dzięcioły duże umilały mi godziny spędzane w lesie pod siatką. Na szczęście ani razu nie zostałem trafiony przez dzięcioła wyrzucającego pustą szyszkę z kuźni. Czasem niedaleko pojawiał się dzięcioł czarny oraz jastrząb, które odzywały się głośno, sprawiając, że w tym rejonie jest jeszcze masa tematów do sfotografowania.

Zapraszam Was do galerii, gdzie zamieściłem jeszcze kilka kadrów tego pięknego gatunku, jakim jest czubatka. Teraz, w marcu ptaki już mają sporo pożywienia w lesie, więc na razie czubatki pozostały tylko wspomnieniem. Czasem słyszę je w lesie i przypominam sobie chwile spędzone z tymi małymi pięknisiami.



Ostatnie kadry 2012 roku

22-02-2013

Biorąc pod uwagę poprzednie dni spędzone w tym miejscu, postanowiłem dalej w miarę możliwości uczęszczać do lasu w celu obserwacji i fotografowania ptaków. Warunki atmosferyczne w porównaniu z poprzednimi wyjazdami trochę się zmieniły. Przede wszystkim zrobiło się zimniej, więc można było w końcu odczuć, że mamy grudzień. Śniegu nadal było jak na lekarstwo, więc kolory na zdjęciach w niczym nie przypominały zimy.

Po wejściu do czatowni, nawet nie zdążyłem porządnie rozstawić statywu, a przede mną już siedział dzięcioł duży. Pomyślałem, że może być ciekawy, aktywny dzień. Po kilku minutach wszystko było już na swoim miejscu, więc mogłem przystąpić do obserwacji i fotografowania. Zacząłem od sprawdzenia czasów naświetlania, by upewnić się, że dzień rzeczywiście może być udany. Było dobrze. Spostrzegłem, że przez te kilka dni, kiedy mnie nie było, musiało dużo się w tym miejscu dziać. Patyk, który był ładnie otulony lekutkim mchem, cały był poocierany i podrapany przez pazury, czy dzioby ptaków.

Okazało się, że to sprawka dzięciołów. Ciągle latały wokół mnie, goniąc się i wydzierając na siebie. Często z impetem lądowały na patyku, atakowane zaraz przez innego osobnika. Po pewnym czasie jakby wszystko obróciło się do góry nogami. Zrobiło się cicho, spokojnie, a przede mną na patyku siedział dzięcioł duży. Patrząc przez wizjer zauważyłem, że ptak ten jest zaobrączkowany. Powiem szczerze, pierwszy raz w tym miejscu widziałem dzięcioła z obrączką, więc postanowiłem to uwiecznić.


Na zdjęciu poniżej widać dzięcioła z obrączką. Niestety nie udało mi się w całości odczytać numerów. Można też zauważyć zużycie materiału (pełno śladów pazurów, dziobów na patyku). Poniżej były też nawet małe dziury .. ptaki sprawdzały, czy nie ma czegoś do jedzenia.



Po pewnym czasie w odgłosy wydawane przez dzięcioły dołączyły też inne pokrzykiwania. Bardzo rzadko w tym miejscu pojawiały się sójki, jednak tego dnia coś je w to miejsce zwabiło. Zauważyłem w oddali, wysoko na drzewach, że ptaki te w kilka osobników przeskakują z gałęzi na gałąź, zbliżając się do miejsca, gdzie siedziałem. Zastanawiałem się, czy odważą się podejść przed obiektyw. Jak się później okazało, ptaki nie zważały na nic, co się działo. Nawet gwałtowne poruszanie obiektywem nie powodowało popłochu. Ptaki tylko na moment podlatywały na wyższe partie drzew i za moment były znów przede mną.

Jak już nastąpiła ta chwila, że można było zrobić zdjęcie, okazało się, że sójka była za duża, by zmieścić się w całości w kadrze. Postanowiłem więc szybko zmienić puszkę na pełną klatkę, dzięki temu nie było powiększenia w korpusie. To z kolei powodowało, że jak już przystawiłem oko do wizjera, sójka była w innym miejscu. Musiałem więc znów poczekać na dobry moment na zdjęcie.


W końcu udało się. Sójka wylądowała na wierzchołku jednego z korzeni i przez krótką chwilę obserwowała inny ptaki. Wykonałem kilka ujęć. Autofocus spisał się na medal łapiąc ostrość tak jak należy. Sójka zmieściła się w kadrze, a liście w oddali ładnie się rozmyły.



Kolejnym gatunkiem, którego również wcześniej w tym miejscu nie widywałem był kos. Może raz, kiedyś latem przyleciał na kilka chwil. Ptak ten zjawiał się nie wiadomo skąd. Bezszelestnie pojawiał się przed obiektywem, często od razu lądując na ziemi, co pozwalało tylko na obserwację. Z uwagi na to, iż kosa jeszcze na zdjęciach nie miałem, skupiłem całą uwagę na tym gatunku. Też postanowiłem uwiecznić go pełną klatką, na wypadek, gdyby również pojawił sięga blisko. Minusem tego body jest szybkość klatek na sekundę, więc próbowałem wykonywać pojedyncze zdjęcia.

Próby kończyły się ciągle niepowodzenie. To perspektywa nie odpowiednia, to znów zdjęcie wyszło rozmyte. Musiałem szybko reagować na ruchy tego kosa, gdyż po wylądowaniu, od razu zeskakiwał na ziemię. W pewnym momencie kiedy kos był na ziemi, nadleciały dwie sójki. Kos przestraszył się i wskoczył wyżej. Szybko skorzystałem z tej chwili i wykonałem kilka ujęć.


Ptak bacznie obserwował ptaki, co chwila zmieniając położenie. Na zdjęciu poniżej ptak ułożył się w taki sposób, jakby przyglądał się mojej osobie. Siedział na odpowiedniej wysokości, więc w tle również miałem liście, co pozwoliło na uzyskanie ciekawej kolorystyki na zdjęciu.



Stałymi bywalcami były też sikory. Bogatki i modraszki na okrągło pojawiały się na chwilę i odlatywały. Była też trzecia z sikor. Jednak z uwagi na brak doświadczenia w głosie i podobne ubarwienie, nie jestem pewien czy to sikora uboga, czy czarnogłówka. Zawsze też siadała wyłącznie na ziemi, co nie pozwoliło mi zrobić dobrego zdjęcia.

Kiedy zbierałem się już wyjścia z czatowni, usłyszałem dźwięk lądującego ptaka, który był głośniejszy niż inne. Spojrzałem przed siebie i zobaczyłem dzięcioła zielonosiwego. Jakże się ucieszyłem, widząc go przed sobą. Zeszłej zimy, również dzięcioły te można było zaobserwować i sfotografować w tym miejscu. Powoli, bez gwałtownych ruchów skierowałem obiektyw w jego stronę i zrobiłem zdjęcie. Niestety ptak wystraszył się i odleciał.


Okazało się, iż ubarwienie dzięcioła było podobne do koloru samego drzewa. Widać też, jak dzięcioły potrafią się utrzymać pionowo, wbijając się długimi pazurami w korę.



Niestety, tego dnia dzięcioł ten już więcej nie pojawił się w pobliżu. Po mile spędzonych godzinach w czatowni, postanowiłem wrócić do samochodu i pojechać do domu. Przeglądając niektóre zdjęcia na komputerze w pełnej rozdzielczości, widać dokładne szczegóły sójki czy dzięcioła ziolonosiwego, dzięki czemu można zobaczyć wiele cennych szczegółów w budowie tych ptaków.

Zapraszam do Galerii ptaków, gdzie zamieściłem pozostałe zdjęciach tych gatunków.



Jesienny grudzień

08-02-2013

Pochłonięty tematem myszołowów postanowiłem odpocząć od tego tematu. Postanowiłem parę dni przesiedzieć w innym, bogatym w ptaki miejscu. Na początku odwiedzałem to miejsce w celu obserwacji. Na samym początku myślałem, że miejsce to wymarło, gdyż w lesie panowała cisza. Zdawało mi się to podejrzane, więc nie ustępowałem. Któregoś dnia w końcu nadeszły zmiany.

Zbliżając się do tego miejsca słychać było już odgłosy ptaków, widać też było z daleka szybujące sylwetki między drzewami. Bardzo się ucieszyłem, z nadzieją na ciekawe dni. Tak też się stało.

Któregoś dnia postanowiłem przesiedzieć parę godzin w kryjówce. Po kilku minutach przede mną zaczęły pojawiać się ptaki. Na początku były to różnego rodzaju sikory oraz kowaliki. Z biegiem czasu pojawiały się też dzięcioły.

Przeglądając kilka dni wcześniej zdjęcia ptaków w Internecie natrafiłem na pewną galerię, gdzie ptaki były pokazane w dość ciekawy sposób, jakby trójwymiarowy. Czyli na pierwszym planie była nieostrość, później pojawiał się główny bohater, w tle oczywiście znów wszystko ładnie rozmyte. Postanowiłem spróbować sił z sikorami, gdyż tych ptaków było najwięcej.

Rozmieściłem odpowiednio elementy przed czatownią, wykonałem kilka próbnych kadrów, Wydawało się, że jest w porządku, więc należało tylko czekać na ten odpowiedni moment. Skierowałem więc obiektyw w jedno miejsce i czekałem. Czas mijał, ptaki pojawiały się wszędzie tylko nie tam gdzie chciałem. Czasem zdarzało się, że działo się coś ciekawego w innym miejscu, jednak postanowiłem tylko obserwować i czekać na ten jeden kadr.

W końcu nagle zobaczyłem siedzącego ptaka na jednym z patyków. Szybko spojrzałem w wizjer i wykonałem kilka ujęć. Okazało się, że tylko jedno zdjęcie było trafione. Ptak szybko odleciał w inne miejsce.


To jest zdjęcie, które chciałem zrobić. Zależało mi na wielu rozmyciach i „ostrym” zwierzęciu. Myślę, że z tą sikorą wyszło to całkiem nieźle.



Jeden motyw zamknąłem. Nadszedł czas na pozostałe gatunki. Podobnie jak latem, teraz stałymi bywalcami były dzięcioły duże. Bardzo często dochodziło do sprzeczek, gdyż zlatywały się trzy osobniki. Pogoda niestety była barowa, ciągle ołowiane chmury, więc czasy nie zachwycały. Postanowiłem więc zrobić jakieś zdjęcie statyczne.

Z uwagi na lekką zimę, tzn. plusowe temperatury, brak śniegu i wysoką wilgotność, idąc lasem do czarowni spotykałem wiele powalonych drzew pokrytych mchem. Skorzystałem z jednego pieńka, kładąc go przed obiektywem w odległości około 4 metrów, aby obiektyw mógł wyostrzyć obiekty, a zwierzak był dość sporych rozmiarów.

Nie było to łatwe zadanie. Często zdjęcia były nieostre, często też jakiś kawałem ciała dzięcioła nie mieścił się w kadrze. Po wielu próbach udało się wykonać kilka ciekawych zdjęć.


Poniżej widać dzięcioła dużego w całej okazałości. Kolory na zdjęciu ładnie ze sobą kontrastują, w ogóle nie „czuć” warunków panujących tego dnia na zewnątrz czatowni. Chłód, wilgoć i zapach rozkładającego się lasu.



Jak wspomniałem wcześniej, często pojawiały się też kowaliki. Z uwagi na małą ilość zdjęć tego ptaka w mojej galerii, skupiłem się też na tym gatunku. Tego dnia kowaliki podobnie jak dzięcioły, ciągle się ganiały wokół czatowni. Nie ułatwiało mi to zadania. Wiele prób kończyło się na wybraniu opcji „Usuń zdjęcie” z aparatu.


W końcu po jakimś czasie znalazło się jedno zdjęcie, które można pokazać. Gdyby była słoneczna pogoda zapewne byłoby więcej udanych zdjęć, gdyż sporo z nich było w ruchu.



W pewnym momencie pojawił się też inny z przedstawicieli dzięciołów, mianowicie dzięcioł średni. Usiadł na samym czubku drzewa przed czatownią i obserwował z góry, co się dzieje poniżej. Bacznie przyglądałem się jego zachowaniu, jednak nie miał on ochoty wylądować przed obiektywem.

Kolejna okazja nastąpiła prawie jak miałem już pakować sprzęt. Znów na tym samym drzewie wylądował dzięcioł średni. Szybko ustawiłem obiektyw na pobliski patyk z nadzieją, że tym razem ptak skusi się wylądować. Moje przypuszczenia się sprawdziły.


Przede mną siedział dzięcioł średni i z zaciekawieniem wsłuchiwał się w dźwięki trzaskającej migawki. Po kilku chwilach ptak schował się z tyłu patyka i zaczął stukać. Niestety, tego momentu już na fotografiach nie mam, ptak był praktycznie niewidoczny.



W taki oto sposób po kilku dniach obserwacji i kilku godzinach fotografowania po raz kolejny nacieszyłem oko ciekawymi zachowaniami ptaków. Przy okazji udało się wykonać zdjęcia. Zapraszam do galerii po większą ilość zdjęć dzięcioła dużego.



Król jest tylko jeden

16-01-2013

Korzystając z wolnego i pomyślnych prognoz pogody postanowiłem kontynuować przygody z myszołowami. Dokładnie w Dniu Niepodległości, 11 listopada wybrałem się do czatowni jeszcze przed wschodem. Jak za każdym razem w plecaku oprócz sprzętu znajdowały się kanapki i termos z gorącą herbatą.

Kilka minut po godzinie wschodu słońca, żadne promienie nie oświetlały sceny przede mną. Troszkę się zaniepokoiłem, myśląc, cóż to za prognozę pogody widziałem. Jednak ptaki spowodowały, że wcale się tym nie zmartwiłem. Wcześniej niż zwykle, usłyszałem głosy nadlatujących myszołowów. Co najlepsze, było słychać aż 3 oddzielne melodie.

Ptaki usiadły na drzewach przed czatownią i jak zwykle nastąpił etap obserwacji terenu. Czekałem więc spokojnie na ten wyczekiwany moment, kiedy pierwszy z nich wzbije się w powietrze i skieruje w moją stronę. Po kilkunastu minutach stało się, pierwszy z trójki drapieżników wystartował. Widziałem zbliżającą się sylwetkę. Leciał dosyć wysoko nad polami, więc nie śledziłem lotu aparatem, gdyż nie lubię zdjęć na tle, jednolitego koloru nieba. Okazało się za chwilę, że ptak przeleciał nad czatownią i poleciał dalej. Co się z nim stało – niestety nie wiem, nie mam okienek z tyłu mojej samotni.

Dwa pozostałe przede mną drapieżniki zaczęły się nawoływać. Najpierw jeden wydawał okrzyki, za chwilę drugi jakby mu odpowiadał. Chwilę później zauważyłem, że jeden z ptaków zerwał się do lotu i kierował się w stronę drzewa, na którym przesiadywał drugi myszołów. Gdy prawie miał wylądować obok niego, siedzący na drzewie ptak opuścił miejsce obserwacyjne i wzbił się do lotu. Kierował się w moją stronę. Gdy był przede mną zatoczył koło nad samą czatownią, odleciał trochę dalej obniżając pułap lotu i nagle zawrócił w moją stronę.

Z uwagi na spory ruch od samego rana, podpiąłem do obiektywu pełną klatkę licząc na kadry z większą ilością osobników. Teraz miałem myszołowa na dobrej wysokości zbliżającego się w moją stronę (pierwszy raz od momentu podjęcia tematu), a na statywie stoi „maszyna” z 3 klatkami na sekundę. No cóż … trzeba było spróbować. Czekając na lądowanie, nacisnąłem spust migawki i poszła seria zdjęć.

Ptak nie przestraszył się dźwięku migawki. Siedział na patyku. Ja szybko spojrzałem na kartę pamięci, czy wyszło choć jedno zdjęcie.


Okazało się, że jedno z zdjęć nie było wcale takie złe. Udało mi się uchwycić moment samego lądowania. Jak myszołów wytraca prędkość ukazując całe piękno skrzydeł.



Radość z obcowania z tym osobnikiem nie trwała długo. Po około 2 minutach ptak nagle się skulił i odleciał. Okazało się, że zza moich pleców na scenę wkroczył kolejny osobnik. Przypuszczam, iż był to ten myszołów, który na początku przeleciał nade mną i zniknął za czatownią. Ptak nie tracąc czasu zeskoczył na ziemię i zaczął jeść. Jak to zazwyczaj u mnie bywało sam posiłek zajmował ptakom trochę czasu. Zdążyłem w tym czasie zjeść kanapki. Zza chmur wyjrzało słońce. Pomyślałem, że to dobry znak – dzień zapowiada się ciekawie, dużo się dzieje. Dobre światło na pewno się przyda.

Po moim śniadaniu zmieniłem też aparat, na ten, którym zawsze fotografuję przyrodę. W pewnym momencie zauważyłem, że osobnik przy stołówce jakoś dziwnie się zachowuje. Bardzo wydłużył swoje rozmiary kładąc się jakby na ziemi. Zakrył przy tym całe pożywienie, które przygotowałem dla ptaków rankiem. Okazało się, że inny myszołów krąży nad nam bacznie obserwując sytuację na polu.

Jakby tego było mało, po lewej stronie usłyszałem odgłos kolejnego osobnika. Gdy ten pojawił się bliżej, zaczął przepychanki w powietrzu z pierwszym „oblatywaczem”. Myszołów przede mną, praktycznie leżąc na ziemi bacznie obserwował sytuację w powietrzu kręcąc głową. Po krótkiej sprzeczce nad głowami, jeden z ptaków wylądował 30m po lewej stronie, drugi zaś poleciał na drzewo przed czatownią.

Zaczęło się wyzywanie. Ptak po lewej stronie ustawił się centralnie w kierunku stołówki i ciągle wydawał głosy. Uwielbiam tego słuchać . Z mniejszą częstotliwością odzywał się też osobnik z drzewa na przeciwko budy. Myszołów będący na ziemi nagle skończył jeść i podbiegł do leżącego patyka na ziemi. Szybko na niego wskoczył i również zaczął się głośno odzywać. Szkoda, że nie rozumiem o czym tak gwałtownie ze sobą rozmawiali, ale słuchało się tego z zaciekawieniem.

Korzystając z tej sytuacji postanowiłem wykonać trochę ujęć.


Tak oto wyglądał myszołów, który bacznie pilnował swojego miejsca blisko stołówki.



Czas płynął, a osobnik ten ciągle siedział w tym samym miejscu. Ptak z lewej strony odważył się tylko co jakiś czas odezwać się głośnym krzykiem, by odpędzić tego na ziemi. Osobnik z drzewa naprzeciwko czatowni był bardziej odważny. Ten z kolei co chwilę nadlatywał nad czatownię, wykonywał kilka kółek w powietrzu chcąc może nastraszyć myszołowa na patyku. Ten jednak nic sobie z obydwu drapieżników nie robił. Pomyślałem sobie, że król jest tylko jeden. Nie da się przegonić. Nie myliłem się. Po jakiejś godzinie odpierania ataków słownych oraz z powietrza, ptaki odpuściły i poleciały niewiadomo gdzie.

Król został sam. Myślałem, że podejdzie ponownie do jedzenia i da się sfotografować z bliższej odległości. Nic z tych rzeczy. Niebo tak się wypogodziło, że nie było ani jednej chmurki. Ptak siedział w samym słońcu i było mu tak wygodnie, że pozwolił sobie nawet na schowanie jednej nogi w pióra. Siedział jak kura na grzędzie, wygrzewając się w promieniach słońca.

Co jakiś czas minimalnie zmieniał pozycję. Czasami czyścił pióra, rozciągał skrzydła.


Na zdjęciu poniżej widać, jak czyścił pazury. Prezentuje tutaj prawdziwe atrybuty zabójcy. Ostry, zakrzywiony dziób oraz długie i mocne pazury.



Okazało się, że spędziłem z tym osobnikiem przeszło 2h sam na sam. Ptak czasami zamykał oczy, zasypiając przede mną. Ja też czasami nie wiedziałem co robić, więc trochę pograłem na komórce w jakieś durne gry.


Na sam koniec myszołów wyprostował się, przechylił do przodu i zrobił co trzeba.



W taki oto piękny sposób pożegnał się ze mną i odleciał. Słońce grzało w tył czatowni, w środku zrobiło się bardzo ciepło, a ja byłem ubrany w odzież termiczną, w końcu rano było zimno. Postanowiłem więc poczekać około 30 min, czy któryś z ptaków jeszcze się pojawi. Niestety – cisza i pustka towarzyszyła mi przez pół godziny, więc postanowiłem pojechać do domu.

Dzień znowu pokazał mi ciekawe zachowania tych pięknych ptaków. Widziałem jakich sposobów ptaki te używają w celu obrony i zastraszenia, a także widziałem trochę prywatności jednego z osobników. Jak się wygrzewa, jak czyści pióra, w końcu jak się załatwia.

Zapraszam do galerii Myszołowa, po więcej ujęć z tego dnia.



poprzednia strona    następna strona